W poniedziałek gruchnęła informacja o pęknięciu kotła w gdańskiej elektrociepłowni. Dramatyczne komunikaty, natychmiastowe zamknięcie części szkół, chaos w planach rodziców i nauczycieli. Po dwóch dobach okazało się, że awaria dotyczyła jednego z dwunastu kotłów i była dużo mniej dramatyczna niż zapowiadano. Dziś uczniowie wracają do szkół, ale rodzi się pytanie: czy taka reakcja miasta była adekwatna i potrzebna?
Historia tematu
-
Zamarzający Gdańsk. Radni reagują w imieniu lokatorów bez wody i ogrzewania
Opublikowano: 03 lut 2026, 13:49 -
Awaria w Gdańsku. Odpowiedzialność spada na premiera i jego ludzi
Opublikowano: 02 lut 2026, 18:18
Błyskawiczne decyzje, falowe skutki
W poniedziałek, 2 lutego, gdy tylko padła informacja o pęknięciu kotła, urzędnicy podjęli decyzję o zamknięciu części szkół. Brakowało wtedy konkretów, chociażby o ile spadnie temperatura w szkołach? A rodzice zrozumieli jedno – dzieci nie idą do szkoły. Już pierwszego dnia nauczanie zdalne zostało wprowadzone na szybko, bez przygotowania. Wtorek i środa to były dni adaptacji, sprawdzania sprzętu, logowania się do platform.
Chaos, o którym będziemy jeszcze mówić.
W środę przed południem pani prezydent ogłosiła, że od czwartku wracamy do normalności. Dowiedzieliśmy się też, że awaria wcale nie była tak poważna. Jeden z dwunastu kotłów – taką informację podano jako uspokajającą, ale paradoksalnie to właśnie ona pokazuje problem. Zamknięto szkoły dla całego miasta z powodu usterki jednego elementu. To oznacza jedno: reakcje podejmowane są natychmiast, bez czekania na pełne dane i analizę.
Konsekwencje dla rodzin i pracy
Rodzice musieli na dwa dni obrócić swoje życie zawodowe do góry nogami. Z dnia na dzień plan pracy, opieki nad dziećmi, telekonferencje i zadania zawodowe – wszystko poszło na bok. Nauczyciele z kolei improwizowali metody zdalnej nauki, walcząc z technicznymi problemami i adaptacją do nowego trybu, choć formalnie miał on trwać krótko.
Czy tak właśnie powinno wyglądać przygotowanie do tak zwanej „sytuacji kryzysowej”?
Czytaj więcej: Duża awaria elektrociepłowni w Gdańsku. Tysiące ludzi bez ciepła
Komunikacyjny chaos wokół GPEC i PGE
Zamieszanie wywołało nie tylko samo zamknięcie szkół, ale również dezinformacja w zakresie tego, kto odpowiada za dostawy ciepła w Gdańsku. Przez pierwsze godziny urzędnicy miejscy nie byli w stanie jasno wyjaśnić zależności między dwoma spółkami: GPEC i PGE Energia Ciepła. Skoro zawiodła spółka Skarbu Państwa, co robił na spotkaniu przedstawiciel GPEC?
Mieszkańcy, zdezorientowani, nie wiedzieli, która firma odpowiada za awarię i kto powinien zapewnić ciągłość ogrzewania w domach i szkołach.
Dopiero po presji opinii publicznej pojawiły się wyjaśnienia: elektrociepłownia w Gdańsku należy do PGE Energia Ciepła, to ona odpowiada za produkcję ciepła. Z kolei GPEC – Gdańskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej – zajmuje się jego dystrybucją ciepła z elektrociepłowni do odbiorców.
Związek między tymi dwoma podmiotami jest techniczny i strategiczny, ale nie operacyjny – dlatego też odpowiedzialność za awarię leży po stronie PGE. Problem w tym, że w pierwszej fazie kryzysu nie zostało to wyraźnie zakomunikowane.
Mimo że nie doszło do przerwania dostaw, informacyjny chaos zasiały emocje, które w takiej sytuacji należało studzić, a nie podsycać. Zamiast uspokajać – miasto wprowadzało kolejne nerwowe decyzje.
Zobacz też: Awaria w Gdańsku. Odpowiedzialność spada na premiera i jego ludzi
mn

