Na papierze sklejka miała przypłynąć z Tunezji. W rzeczywistości pochodziła z zakładów w Rosji. Funkcjonariusze Krajowej Administracji Skarbowej przechwycili w Gdyni rosyjski towar o wartości ponad miliona złotych, który – jeśli nie kontrola – bez problemu trafiłby na rynek. To nie pierwszy raz, gdy rosyjskie produkty omijają unijne sankcje. Czy europejskie embargo jeszcze w ogóle działa?
Trzy fakty:
- Towar przypłynął z Tunezji, ale na opakowaniach była cyrylica
- Sklejkę wyprodukowano w rosyjskich zakładach
- Zatrzymano ładunek wart ponad 1 mln zł w porcie w Gdyni
Z Tunezji, ale po rosyjsku – nieudana maskarada?
Sklejka brzozowa, która została zatrzymana w Baltic Hub w Gdyni, formalnie została zadeklarowana jako produkt tunezyjski. Tak wynikało z dokumentów importowych, które przedstawiono celnikom. Jednak uwagę funkcjonariuszy zwrócił jeden szczegół – oznaczenia na opakowaniach. Zamiast francuskiego czy arabskiego, napisy były w języku rosyjskim, zapisywane cyrylicą.
To wystarczyło, by uruchomić kontrolę. Po analizie dokumentów i oględzinach ładunku okazało się, że siedem kontenerów, które trafiły do Polski, zawierało ponad 250 metrów sześciennych sklejki wyprodukowanej najprawdopodobniej w Federacji Rosyjskiej.
Sankcje istnieją tylko na papierze? Rosyjski towar trafia do UE
Od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Unia Europejska nakłada kolejne pakiety sankcji gospodarczych. Wśród nich – zakaz importu drewna, w tym popularnej w Europie sklejki brzozowej. To materiał szeroko wykorzystywany w meblarstwie, budownictwie i przemyśle. Zastąpienie rosyjskich dostaw miało uderzyć w rosyjską gospodarkę.
Problem w tym, że takie przypadki jak ten z Gdyni rzucają cień na skuteczność unijnych działań. Towar najwyraźniej został wysłany z innego kraju – Tunezji – a prawdziwe pochodzenie próbowano ukryć. To oznacza, że pośrednicy i firmy handlowe mogą szukać luk i obejść, by wprowadzać rosyjskie produkty na unijny rynek. Kontrola w porcie ujawniła tylko jedną próbę – ale ile z nich kończy się sukcesem?

Ponad milion złotych w jednym transporcie
Wartość przechwyconego towaru to ponad milion złotych. Tyle sklejka mogłaby przynieść importerowi po sprzedaży w Polsce. Jej rosyjskie pochodzenie nie byłoby oczywiste – opakowania można przepakować, dokumenty podmienić. Gdyby nie uważna kontrola w porcie, produkt trafiłby na rynek.
W związku z podejrzeniem naruszenia sankcji nałożonych przez Unię Europejską na produkty importowane z Federacji Rosyjskiej i Białorusi, towar został zatrzymany do dalszego postępowania – poinformowała asp. Justyna Pasieczyńska, rzeczniczka Krajowej Administracji Skarbowej.
Czytaj więcej: Luksusowe podróbki kosmetyków w sieci. Rozbicie gangu na Pomorzu
Rosyjskie drewno, chińska stal, irańskie drony
To nie jedyny przypadek, gdy towary objęte sankcjami trafiają do UE. Od miesięcy mówi się o dostawach chińskiej stali, która oficjalnie pochodzi z Malezji, ale w rzeczywistości – z Chin. W lutym niemieckie służby zatrzymały import elektroniki, której elementy pochodziły z rosyjskiego przemysłu wojskowego. Skąd? Z Turcji.
W przypadku drewna, rosyjskie produkty – z racji swojej niskiej ceny i jakości – były silnie obecne w Europie. Dziś towar nadal dociera, tylko „przebrany” i z fałszywymi dokumentami. Mimo 13 pakietów sankcji, rosyjska gospodarka wciąż znajduje sposoby, by zarabiać na zachodnich rynkach. To ogromny problem dla unijnych regulatorów i krajowych służb celnych.
A co, jeśli takich transportów było więcej i rosyjski towar trafił do Polski?
Zabezpieczony ładunek w Gdyni to jeden z przykładów. Importerzy mogą korzystać z pośredników z Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej czy Azji, by ukryć pochodzenie rosyjskich produktów. Jeśli takie przypadki nie zostaną ujawnione, rosyjska gospodarka dalej będzie zasilana europejskimi pieniędzmi.
Pytanie, które trzeba dziś zadać, brzmi: czy unijne sankcje faktycznie działają, czy są tylko fikcją?
Zobacz też: Trump chce 50 proc. ceł! Inwestorzy reagują ucieczką
mn






