To miała być nocna „akcja”, skończy się w sądzie. Dwóch młodych mężczyzn ukradło gaśnice z autobusów i rozpyliło ich zawartość w centrum Gdańska. Biała chmura przykryła ulicę i przystanek tramwajowy. Widoczność spadła, kierowcy zwalniali. Sprawców ujęła policja po sygnale z monitoringu miejskiego.
Gaśnicowa chmura w centrum
Najpierw „Brama Wyżynna”. Autobus wysadzał pasażerów, gdy jeden z mężczyzn wyniósł z pojazdu gaśnicę. Chwilę później jej zawartość trafiła w powietrze. Proszek rozlał się nad jezdnią i chodnikiem. Kierowcy mieli ograniczone pole widzenia, a piesi przecierali oczy.
Jednak to nie był koniec. Mężczyźni wrócili po kolejną gaśnicę. Tym razem użyli jej na przystanku „Gdańsk Śródmieście”. Znów powstała gęsta chmura. W ruchliwym punkcie miasta to gotowy przepis na wypadek. Czy to naprawdę ma być forma rozrywki?
Operatorzy miejskiego monitoringu zauważyli całe zajście na kamerach. Natychmiast przekazali informację patrolom w terenie. Gdy na miejscu pojawił się radiowóz, sprawcy zaczęli uciekać. Policjanci podjęli pościg i po krótkim czasie ich zatrzymali. 21-latek odpowie za zakłócanie porządku publicznego, 20-latek za kradzież mienia.

Kto zapłaci za tę „zabawę”
Gaśnica w autobusie to nie rekwizyt. To podstawowe zabezpieczenie w razie pożaru. Jej brak oznacza realne ryzyko dla kierowcy i pasażerów. Wystarczy zwarcie instalacji lub zapłon w komorze silnika. Ogień w pojeździe rozprzestrzenia się błyskawicznie.
Co więcej, każda skradziona gaśnica to konkretne koszty. Nowa kosztuje średnio 150–300 zł. Do tego przegląd i montaż. W skali miasta takie incydenty potrafią generować wydatki rzędu kilku tys. zł rocznie. Płacą przewoźnicy. W efekcie płacą mieszkańcy.
Rozpylanie gaśnicy dla żartu to tworzenie zagrożenia. Proszek ogranicza widoczność i utrudnia oddychanie. W zamkniętej przestrzeni może wywołać panikę. Jednocześnie pozbawia miejsce realnej ochrony na wypadek prawdziwego ognia. To nie jest niewinna psota.

Zobacz też: Straż Miejska w Gdańsku będzie nagrywać interwencje
mn






