Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku w tym roku przyciąga nie tylko zapachem grzańca i tłumami turystów. Na pierwszy plan nieoczekiwanie wysunął się temat, który w normalnych warunkach nie wywoływałby większych emocji. Chodzi o kubki kaucyjne. Ten niewielki element zimowej infrastruktury urósł do rangi symbolu skomplikowanej logistyki, która wymknęła się prostym wyjaśnieniom. Dla zwykłego odwiedzającego sprawa jest jasna. Bierze kubek, płaci 30 złotych kaucji, pije grzaniec i oddaje kubek albo zostawia go sobie. Ale za kulisami to nie jest już tak oczywiste.
Diabeł tkwi w szczegółach, a szczegóły dotyczą tysięcy kubków, które każdego dnia przemierzają drogę między stoiskami, kontenerami odzysku i halą AmberExpo.
Dlaczego kubek musi być sterylizowany i co to w ogóle oznacza
W obiegu jest ceramiczny kubek, który powinien być bezpieczny dla kolejnych użytkowników. Z punktu widzenia prawa takie naczynie musi być traktowane jak każde inne naczynie wielokrotnego użytku w gastronomii. To oznacza, że musi być umyte, wyparzone i przygotowane w sposób zgodny z zasadami bezpieczeństwa. Nie wystarczy zwykłe przetarcie. Mycie musi odbyć się przy użyciu gorącej wody i środków dopuszczonych do kontaktu z żywnością. Wyparzanie powinno zapewnić warunki eliminujące bakterie i zanieczyszczenia.
Na jarmarku nie ma zaplecza gastronomicznego, które pozwoliłoby na takie działania na miejscu. Drewniane budki nie mają bieżącej gorącej wody, wyparzarek ani miejsca, gdzie można by bezpiecznie oddzielić strefę „brudną” od „czystej”. Dlatego organizator zdecydował się na centralizację procesu. Kubki jadą do AmberExpo, gdzie czeka przemysłowa myjka. Tam przechodzą pełny cykl mycia i wyparzania. Dopiero następnego dnia wracają na jarmark.
To rozwiązanie jest zgodne z prawem, ale rodzi pytania. W jaki sposób organizator zapewnia sterylność transportu? Czy po umyciu kubki trafiają do szczelnych pojemników? Jak długo mogą być przechowywane przed wydaniem? I najważniejsze: jak zabezpieczyć czyste kubki w ciasnych budkach tak, by nie zanieczyściły się ponownie?
Zobacz więcej: Kubki, strach i wino. Prawdziwa twarz jarmarku?
Dlaczego kaucja 30 złotych zamieniła się w łamigłówkę skarbową
System kaucji co do zasady jest prosty. Klient płaci kaucję, oddaje kubek, odzyskuje kaucję. Jednak na gdańskim jarmarku mechanizm ten działa inaczej, niż na festiwalach czy stadionach. Wystawca pobiera kaucję, ale nie przyjmuje zwrotów. Zwrotów dokonuje wyłącznie organizator, w dwóch wyznaczonych kontenerach. To tworzy prawną konstrukcję, której nie przewidziała żadna instrukcja podatkowa.
Wystawca pobiera 30 złotych. Te pieniądze powinny być przekazane organizatorowi, skoro to organizator zwraca kaucję klientowi. Ale klient może oddać kubek w innym miejscu, niż go otrzymał. A to oznacza, że organizator musi prowadzić centralną ewidencję kubków. W tej ewidencji musi znaleźć się informacja o tym, ile kubków wydało każde stoisko, ile wróciło i ile przepadło.
Jeżeli kubek wraca do kontenera, a nie do stoiska, wystawca ma niedobór. Jeżeli kubki wracają w nadmiarze, organizator ma problem. Jeśli klient z kubkiem idzie do domu, kaucja zamienia się w przychód. I tu rodzi się pytanie. Czyim przychodem? Wystawcy czy organizatora? Dla urzędu skarbowego najważniejszy jest moment powstania przychodu. Tymczasem nikt tu nie ma pewności, kiedy dokładnie ten moment następuje. Gdy klient nie odda kubka? Gdy kończy się dzień sprzedaży? A może dopiero wtedy, gdy organizator bilansuje całość?
Takich rozbieżności nie ma w prostych systemach płatności depozytowych. Tutaj kilka podmiotów korzysta z tej samej puli kubków, a zwroty odbywają się wyłącznie u jednego z nich. To stwarza system, który jest poprawny w teorii, ale trudny do zweryfikowania w praktyce. Dla fiskusa najtrudniejsza jest sytuacja, gdy pieniądze pobiera jedno miejsce, a oddaje inne. W takim układzie każda luka ewidencyjna może skutkować pytaniami o przepływ gotówki.
Dlaczego system kubków stał się tematem większym niż sam grzaniec
Wszystko to składa się na historię niepozornego naczynia, które stało się centralnym punktem dyskusji o ekologii, higienie, rachunkowości i zaufaniu. Jarmark wizualnie robi ogromne wrażenie, ale szczegóły działania systemu kubków pokazują, jak skomplikowane bywa wdrożenie idei, która z zewnątrz wygląda na prostą. Dla turysty najważniejsze jest ciepło w dłoniach i zapach korzennych przypraw. Dla organizatora to zarządzanie tysiącami naczyń i odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo. Dla fiskusa to z kolei ruch środków między różnymi punktami.
A dla wystawcy to codzienna troska o to, czy bilans kubków na koniec dnia da się zamknąć bez niejasności. W tym roku widać, że system ewoluuje i będzie musiał ewoluować dalej, bo skala pytań jest większa niż komukolwiek mogło się wydawać.

Alternatywne sposoby zakupu. Dlaczego system kubków musiał się zmienić
Jednym z najbardziej zaskakujących elementów tegorocznego jarmarku jest to, jak szybko system kubków zaczął ewoluować. Pierwotnie kubek kaucyjny miał być jedyną drogą do kupienia grzanego wina. Miało to ograniczać odpady, promować ekologię i dodać jarmarkowi zachodnioeuropejskiego sznytu. Jednak już po pierwszym weekendzie zdecydowano się na korektę. Właśnie wtedy pojawiła się możliwość wyboru, która radykalnie zmieniła sposób funkcjonowania całego systemu.
Dzisiaj odwiedzający mają już trzy alternatywy. Pierwszą jest kubek kaucyjny, który kosztuje 30 złotych, ale jeżeli ktoś go odda, odzyskuje pieniądze. Drugą jest kubek jednorazowy, który pojawił się po analizie pierwszych dni działania jarmarku. W takim kubku grzaniec kosztuje więcej o około pięć złotych, co ma zachować ideę preferowania rozwiązań wielokrotnego użytku. Trzecią opcją jest własny kubek, przyniesiony z domu. To rozwiązanie, które zaczęło żyć własnym życiem już od pierwszego dnia jarmarku, bo wielu odwiedzających zwyczajnie nie chciało dopłacać do kaucji.
Te trzy modele zakupowe znacząco wpływają na logistykę i ewidencję. Kubek jednorazowy jest prosty do rozliczenia, bo nie wymaga żadnego bilansowania stanów. Jest sprzedawany i trafia do śmieci albo do recyklingu. Kubek kaucyjny włącza się w duży obieg, gdzie każdy ruch musi być odnotowany. Z kolei własny kubek klienta całkowicie wypada z systemu kaucji, co oznacza, że wystawca musi przyjąć go jako dopuszczalne naczynie. To dodatkowo utrudnia kontrolę sanitarno-techniczną.
Najbardziej zaskakujący jest jednak efekt ekonomiczny. Każdy klient, który przynosi swój własny kubek, de facto pomija system kaucji. Każdy klient, który decyduje się na kubek jednorazowy, wyłamuje się z idei ekologicznej. A każdy, który nie zwraca kubka kaucyjnego, zostawia w systemie 30 złotych czystego przychodu. To tworzy sytuację, w której trzy modele funkcjonują równolegle i jednocześnie wpływają na bilans organizatora i każdego wystawcy.
Od strony podatkowej to wcale nie jest neutralne. Każda opcja generuje inny sposób dokumentowania sprzedaży, inny typ paragonu i inny sposób bilansowania przychodu. Można powiedzieć, że z prostego systemu powstała trójtorowa konstrukcja, która wymaga trzech równoległych modeli rozliczeń. W wielu krajach systemy kaucyjne są jednolite i scentralizowane. W Gdańsku – przynajmniej w tym pilotażowym wydaniu – system jest hybrydowy, a to tworzy naturalne komplikacje.
Warto zauważyć, że to właśnie presja odwiedzających wymusiła tę ewolucję. Dla wielu osób dopłata za kubek była po prostu zbyt wysoka, szczególnie przy rodzinnych wyjściach. Dlatego pojawiły się pytania o kubek własny. Organizator musiał na nie odpowiedzieć. Dla innych dopłata pięć złotych do jednorazowego kubka była lepszą opcją niż angażowanie się w cały system kaucji. Dlatego ten model także wprowadzono. Ostatecznie trzy równoległe ścieżki zakupu stały się kompromisem między założeniem ekologicznym, realiami jarmarku i oczekiwaniami odwiedzających.
Efekt? Kubek zaczął funkcjonować nie tylko jako element świątecznej tradycji, ale jako symbol negocjacji między tym, co idealne, a tym, co praktyczne. To właśnie dlatego ten temat wywołuje emocje. Kubek jednorazowy jest wygodny, własny kubek jest ekonomiczny, a kubek kaucyjny jest ekologiczny — ale każdy z nich wprowadza inny rodzaj zamieszania w bilansie jarmarku.
Jeżeli system ma działać w kolejnych latach, będzie musiał stać się prostszy. Dzisiaj działa dzięki dobrej woli odwiedzających i pracy wystawców, którzy próbują odnaleźć się w układzie trudniejszym, niż można by przypuszczać na pierwszy rzut oka.
Zobacz też: Gdańsk 2026: kryzys, deficyt i ostra krytyka opozycji
mn






