W liberalno-lewicowym Gdańsku mieszkańcy publicznie popierają wszystkie decyzje władz miasta, nawet te złe, bo boją się społecznego wykluczenia. Prywatnie mają jednak całkowicie odmienne zdanie.
Gdański fenomen konformizmu politycznego
Każdy z nas kocha być świadkiem pewnego rodzaju spektaklu, zwłaszcza gdy odkrywa się jego zakulisowe mechanizmy. Jednym z moich ulubionych jest obserwacja, jak liberalno-lewicowe środowisko Gdańska z całym entuzjazmem chwali, albo broni wszystko, co płynie od władz miasta. Nawet jeśli głęboko w sercu odczuwają, że decyzje te są nierozsądne czy nawet szkodliwe, nigdy nie przyznają tego na głos. Taki jest paradoks gdańskiego konformizmu politycznego. Niektórzy nazwą to „serdecznością”.
Fascynujące jest, jak bardzo mieszkańcy Gdańska – deklarujący na co dzień postępowość i otwartość – upodobali sobie rytuał publicznej afirmacji działań lokalnych władz. Ten mechanizm stał się już niemal rytuałem społecznym. Gdańszczanie mówią oficjalnie „tak” wszystkim decyzjom, choć w domowym zaciszu kręcą głowami z niedowierzaniem. Ale dlaczego wciąż to robią? Powód jest prosty – obawa przed ostracyzmem społecznym.
Przytoczę tutaj rozmowę z jednym z moich znajomych, znanym aktywistą miejskim, który prywatnie wyraził swoje niezadowolenie z polityki parkingowej miasta. Kiedy jednak pojawił się na publicznym panelu, z uśmiechem na twarzy przekonywał wszystkich, że podwyżki opłat z zajmowanie miejsc parkingowych „to wielki krok naprzód dla ekologii i jakości życia”. Po spotkaniu przyznał mi cicho: „przecież nie mogłem powiedzieć inaczej – wykluczyliby mnie ze środowiska, wiesz jak jest”.
Fałszywa zgoda silniejsza niż odwaga
Taka sytuacja pokazuje jasno, jak silne są mechanizmy nacisku społecznego w gdańskim środowisku liberalno-lewicowym. Mieszkańcy wolą udawać zgodę z powszechnie przyjętymi narracjami niż ryzykować wykluczenie. Ten układ przypomina rodzaj cichej, społecznej umowy – jeśli chcesz być częścią liberalno-lewicowej elity miasta, musisz dostosować się do obowiązującej linii.
Tymczasem skutki takich działań bywają opłakane. Projekty, które szkodzą realnie życiu mieszkańców, przechodzą bez echa. Zaniechanie działań? Jakie zaniechanie. Wszelkie głosy sprzeciwu są tłumione przez grupowy mechanizm milczenia, który skutecznie odstrasza krytyków.

Konsekwencje społecznej zmowy milczenia
Długofalowo prowadzi to do sytuacji, w której władze Gdańska mogą podejmować praktycznie dowolne decyzje, bez obaw o ich społeczne konsekwencje. Nawet najbardziej absurdalne projekty zostaną publicznie zaakceptowane, bo sprzeciw jest zbyt ryzykowny. Jest to doskonały przykład działania „efektu spirali milczenia”, gdzie większość zgadza się z opinią mniejszości tylko dlatego, że obawia się wykluczenia.
Wielu gdańszczan prywatnie narzeka choćby na paraliż komunikacyjny miasta, wysokie opłaty za postój samochodem, lecz publicznie zachwyca się „ekologicznym podejściem” do transportu. Są gotowi zaakceptować nawet takie niedogodności, byle tylko nie zostać wykluczonym z liberalnych kręgów.
Czytaj więcej: Pomorze kąpie się w miliardach, ale mieszkańcy zostają na suchym
W pułapce lewicowego światopoglądu
Środowiska liberalne z założenia powinny promować różnorodność opinii i otwartość na krytykę. Tymczasem w Gdańsku mamy sytuację odwrotną – to właśnie w liberalnych kręgach panuje największy strach przed odmiennym zdaniem. Otwarte wyrażenie krytyki wobec decyzji władz to gwarancja utraty znajomości, kontaktów, a nawet pozycji społecznej.
Ten paradoks liberalno-lewicowego konformizmu sprawia, że środowisko to przypomina bardziej zamkniętą sektę niż grupę postępowych, otwartych intelektualnie obywateli. W rezultacie zdrowy rozsądek ginie wśród deklaracji miłości wobec każdej, nawet absurdalnej decyzji władz.

Rzeczywistość kontra deklaracje
Mamy przykład inwestycji w Gdańsku, która wywołuje ogromne kontrowersje – naprawa Mostu Siennickiego. Jednak mieszkańcy, bojąc się konsekwencji społecznych, publicznie zachwalali prom za 700 tys. zł przez Martwą Wisłę – to był pomysł „świetny dla miasta” wręcz atrakcja turystyczna. Prywatnie przyznawali jednak, że jest to jeden z najgorszych pomysłów ostatnich lat.
Takie sytuacje jasno pokazują, jak bardzo realność życia rozmija się z deklaracjami publicznymi. Nikt jednak nie chce tego powiedzieć głośno, bo cena jest zbyt wysoka. Gdańsk tworzy więc społeczeństwo, w którym coraz częściej liczy się nie prawda, ale pozory.
Nie bez powodu wielu mieszkańców mówi wprost, że „w Gdańsku nie wolno krytykować władz miasta”. Nawet najdrobniejsza krytyka natychmiast spotyka się z ostrą reakcją środowiska. Znajomy dziennikarz przyznał kiedyś, że został skreślony przez znajomych tylko za to, że zakwestionowała sens jednej z miejskich inicjatyw.
W takim układzie dominują emocje, nie argumenty. Nawet rozsądne głosy są zagłuszane przez obawę przed społeczną marginalizacją.
Czego boją się mieszkańcy Gdańska?
Mieszkańcy boją się przede wszystkim utraty pozycji społecznej i towarzyskiej, która jest uzależniona od wspólnoty poglądów. Krytyka oznacza dla nich natychmiastowe odrzucenie. To właśnie dlatego gdańszczanie gotowi są akceptować wszystko, nawet gdy jest to dla nich bolesne.
W efekcie liberalny Gdańsk sam siebie ogranicza, tłumiąc niezbędną debatę. Milczenie wobec złych decyzji władz może w przyszłości kosztować miasto naprawdę wiele. Dzisiaj jednak w Gdańsku łatwiej jest milczeć niż powiedzieć „nie”.
Zobacz też: Gdańsk zagłosował przeciw swojemu synowi. Co się tu z nami porobiło?

Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.






