Weto prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie ustawy o rynku kryptoaktywów. Decyzja głowy państwa nie jest jednak ruchem emocjonalnym – to reakcja na realne zagrożenie dla wolności cyfrowej, przejrzystości państwa i pozycji Polski jako przyjaznego kraju dla innowacji. Zawetowana regulacja, zamiast chronić obywateli, mogła ich wystawić na ryzyko inwigilacji i wypchnięcia rodzimego biznesu za granicę.
Trzy szybkie fakty:
- Rząd miał otrzymać prawo do natychmiastowego blokowania stron firm krypto – bez wyroku sądu.
- Nowe przepisy miały ponad 100 stron – u sąsiadów analogiczne mają kilka.
- Wysokie opłaty nadzorcze faworyzowałyby duże banki i korporacje kosztem polskich start-upów.
Zbyt łatwy dostęp rządu do wyłączania internetu
Jednym z głównych zarzutów prezydenta wobec ustawy było nadanie administracji rządowej możliwości wyłączania stron internetowych działających w branży krypto „jednym kliknięciem”. Takie uprawnienie, bez dokładnie określonych procedur i przejrzystości działania, oznaczałoby de facto cenzurę prewencyjną. W uzasadnieniu podkreślono, że przepisy o blokowaniu domen „są nieprzejrzyste i mogą prowadzić do nadużyć”.
Tak skonstruowane prawo budziło poważne wątpliwości konstytucyjne i uderzało w podstawy wolności cyfrowej. Gdyby ustawa weszła w życie, rząd mógłby arbitralnie decydować, które firmy mogą funkcjonować w internecie, a które nie. Taka niepewność prawna oznacza dla przedsiębiorców ryzyko nieopłacalnych inwestycji, a dla obywateli – utratę zaufania do instytucji państwa.
Polska ustawa znacznie bardziej rozbudowana niż u sąsiadów
Zastrzeżenia prezydenta objęły także samą objętość i konstrukcję ustawy. Podczas gdy Czechy, Słowacja czy Węgry wdrożyły rozwiązania liczące kilka do kilkunastu stron, polski dokument przekroczył barierę stu stron. Takie prawo staje się nieczytelne nie tylko dla obywateli, ale nawet dla ekspertów.
„Nadregulacja to prosta droga do wypychania firm za granicę – do Czech, na Litwę czy na Maltę – zamiast tworzenia warunków, by zarabiały i płaciły podatki w Polsce” – wskazano w komunikacie Kancelarii Prezydenta. Rozbudowane przepisy oznaczają więcej biurokracji, kosztów, kontroli i – w efekcie – ucieczkę innowacyjnych firm do krajów, gdzie ryzyko prawne jest mniejsze.
Czytaj więcej: Panika na rynku kryptowalut. Analitycy widzą szansę dla Bitcoina
Zamiast polskich start-upów – zagraniczne korporacje od kryptowalut?
Trzecim punktem krytyki była konstrukcja opłat nadzorczych. Zdaniem prezydenta, ich wysokość została ustalona w sposób, który niemal uniemożliwia rozwój małym podmiotom. Innowacyjne, często jednoosobowe start-upy nie byłyby w stanie udźwignąć nowych kosztów.
Zamiast wspierać rodzimy rynek kryptoaktywów, ustawa mogła doprowadzić do jego marginalizacji. „To odwrócenie logiki, zabicie konkurencyjnego rynku i poważne zagrożenie dla innowacji” – alarmuje komunikat prezydencki. Na nowym systemie skorzystałyby jedynie zagraniczne banki i duże korporacje, które z łatwością spełnią surowe warunki – a jednocześnie wypchną z rynku polskich konkurentów.
Warto podkreślić, że Karol Nawrocki, mimo zawetowania kontrowersyjnej ustawy, podpisał w tym samym czasie nowelizacje ustaw dotyczących m.in. ruchu drogowego, ochrony zdrowia, bezpieczeństwa ludności oraz ochrony roślin. Pokazuje to, że nie jest przeciwnikiem zmian – ale stawia granice tam, gdzie pojawia się ryzyko dla obywateli i fundamentów gospodarki.
Zobacz też: Bitcoin rośnie jak szalony. W tle decyzja, o której nikt nie mówi głośno
mn






