Elon Musk odpowiada, że UE posuwa się za daleko w tłumieniu debaty publicznej. Potem do gry wchodzi Radosław Sikorski. I nagle cały spór o regulacje cyfrowe staje się symbolem znacznie większego problemu: jak daleko może sięgać europejska kontrola nad informacją.
Trzy szybkie fakty:
– KE karze platformę X za brak przejrzystości i sposób oznaczania kont,
– Musk twierdzi, że UE zagraża wolności słowa,
– Sikorski odpowiada ostrym komentarzem o „nazistowskich salutach”.
Bruksela zaostrza kurs, Musk mówi o tłumieniu debaty
Komisja Europejska po dwóch latach postępowania uznała, że X narusza trzy zasady DSA: używa niejasnego systemu weryfikacji użytkowników, nie prowadzi przejrzystego repozytorium reklam i nie udostępnia danych do badań zgodnie z regulacjami. W praktyce UE nakłada kolejny zestaw obowiązków, który ma wymusić większą kontrolę nad przestrzenią cyfrową.
Dla Muska to dowód na coś zupełnie innego. W swoich wpisach pyta, ile czasu minie, zanim UE przestanie istnieć, oraz sugeruje, że powinna zostać rozwiązana, by państwa odzyskały suwerenność. Jego zdaniem unijne przepisy nie chronią użytkowników, ale blokują swobodny przepływ informacji. Ten spór jest tak głośny, ponieważ dotyka kwestii podstawowej – czy regulacje mają zabezpieczać odbiorców, czy raczej tłumić publiczną debatę pod pretekstem walki z dezinformacją.
Sikorski odpowiada w emocjach na wpis Elona Muska
W tym napiętym momencie wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski publikuje komentarz: „Leć na Marsa. Tam nie ma cenzury nazistowskich salutów”. Nawiązuje do gestu, który Musk wykonał podczas wydarzenia w Waszyngtonie. To wypowiedź, która budzi szerokie reakcje, bo pokazuje, że zamiast merytorycznej rozmowy o wolności słowa, w polskiej polityce dominują personalne ataki.
Sikorski zamieszcza też screen wpisu, w którym Musk pisze o potrzebie likwidacji UE. Szef MSZ dodaje, że antyunijna narracja służy „tym, którzy chcą Europę podbić”. Jego słowa wchodzą w ton, który dla wielu obserwatorów oznacza jedno: próba zdyskredytowania postulatów o swobodnej debacie zamiast odniesienia się do realnych obaw dotyczących rosnącego zakresu unijnych regulacji.
W tym momencie warto zatrzymać się nad jednym: platformy takie jak X są głównym polem debaty publicznej. Gdy UE nakłada kolejne obowiązki i kary, a politycy reagują emocjami, łatwo zapomnieć, że chodzi o podstawowe prawo każdego obywatela.
Czytaj więcej: Radosław Sikorski wkręcony przez rosyjskich komików
USA patrzą z nieufnością na unijne regulacje
Administracja Donalda Trumpa wielokrotnie oskarżała UE o atakowanie amerykańskich firm technologicznych. Minister handlu Howard Lutnick mówi wprost, że jeśli Europa chce porozumienia handlowego, musi „odpuścić” cyfrowym gigantom. J.D. Vance porównuje europejskie przepisy do ZSRR, twierdząc, że ich efektem jest cenzura.
Z amerykańskiej perspektywy restrykcje narzucane przez UE są trudne do zaakceptowania. To właśnie tam debata o wolności słowa jest bardziej bezpośrednia, a obawy przed nadmiarem państwowej kontroli szczególnie silne. Dla Muska i jego zwolenników kara dla X to kolejny znak, że Unia chce regulować nie tylko treści, ale też granice samego publicznego sporu.
Kluczowe jest jednak coś innego: to, że w tej narastającej dyskusji polski wicepremier decyduje się na osobisty atak, który oddala rozmowę od meritum. A meritum jest wyjątkowo istotne – wolność słowa w świecie, który coraz chętniej oddaje kontrolę w ręce urzędników.
Zobacz też: Elon Musk wspiera AfD. Niespodziewane wystąpienie w Halle
mn






