Miasto Gdańsk podnosi opłaty za śmieci – pierwszy raz od pięciu lat, ale z zaskakującą bezczelnością. Od 1 kwietnia 2026 roku mieszkańcy będą płacić więcej, choć przez lata słyszeli o „oszczędnościach” i „nowoczesnych instalacjach”. Nowe stawki mają niby być „umiarkowane”, ale w praktyce to kolejny cios w domowy budżet. Miasto chwali się, że to „jedne z najniższych opłat w kraju”.
Od kwietnia 2026 roku gdańszczanie zapłacą więcej za coś, co teoretycznie powinno być tańsze – za odbiór i zagospodarowanie śmieci. Oficjalna wersja mówi o „umiarkowanej” podwyżce, ale wystarczy policzyć: rodzina w mieszkaniu o powierzchni 65 metrów kwadratowych zapłaci o 14,30 zł więcej miesięcznie. W skali roku to już ponad 170 zł. A właściciele domów jednorodzinnych? Mogą odetchnąć… pod warunkiem, że będą kompostować. W przeciwnym razie czeka ich podwyżka do 30 proc.
Władze miasta tłumaczą, że zmiany to efekt inflacji, wzrostu kosztów pracy i droższego transportu.
Miasto buduje, ty płacisz
Przez ostatnie lata miasto chwaliło się inwestycjami: kompostownia, nowa sortownia, a na deser Port Czystej Energii – potężna spalarnia, która miała „zredukować koszty”. I co? Mimo tej technologicznej rewolucji rachunki rosną. Jakim cudem? Oficjalnie – bo koszty operacyjne są wysokie, bo rynek się zmienia, bo producent nie płaci za opakowania. A nieoficjalnie? Bo system mimo inwestycji nie zarabia, tylko pożera kolejne miliony.
Port Czystej Energii miał zapewnić 39 milionów złotych oszczędności. Pytanie, gdzie one są. Bo gdyby ich naprawdę było tyle, nie trzeba byłoby podnosić opłat. A przecież miasto samo przyznaje – gdyby nie ta instalacja, podwyżka wyniosłaby nie 25, a aż 49 proc. Czyli co – mamy się cieszyć, że okradają nas tylko trochę?
Chcesz niższy rachunek? To rób za miasto robotę
Miasto ma dla mieszkańców propozycję: chcesz niższy rachunek? To rób za nich segregację i kompostowanie. Ulga 20 zł miesięcznie czeka na tych, którzy zakopią swoje bioodpady w ogródku. Ale w Gdańsku kompostuje tylko około 600 domów. Plan to 7000. Brakuje więc 6400 gospodarstw. I teraz najlepsze: każdy brakujący punkt procentowy recyklingu to dla miasta kara – 777 tys. zł. Zgadnij, kto ją ostatecznie zapłaci?
Miasto stawia sprawę jasno: nie osiągniemy wskaźnika recyklingu – płacimy wszyscy. Czyli znowu: odpowiedzialność przerzucona na mieszkańców. Albo staniesz się darmowym pracownikiem systemu odpadów, albo zapłacisz karę. Tak wygląda nowoczesna ekologia w miejskim wydaniu.
Miasto podnosi stawki, ale wciąż mówi, że jesteś uprzywilejowany
„To wciąż jedne z najniższych stawek w kraju” – przekonuje urząd. Cóż z tego? Czy naprawdę mamy się pocieszać tym, że ktoś inny płaci jeszcze więcej? Czy to nowy standard? Że jak boli mniej niż gdzie indziej, to znaczy, że nie boli?
Projekt uchwały o podwyżce trafi pod obrady w grudniu. A mieszkańcy nawet nie muszą składać nowych deklaracji – wszystko pójdzie automatycznie. Cicho, gładko, bez zamieszania. Żeby nikt się za bardzo nie obudził. I nie zauważył, że znów robi się go w balona.

Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.






