W nocy z wtorku na środę luksusowy jacht „Still Alive” polskiego biznesmena Piotra Misztala spłonął w hiszpańskim porcie Denia. Jednostka warta około dziesięć milionów euro była w trakcie remontu. Misztal ocenił, że gdyby zdarzenie miało miejsce na otwartym morzu, mogłoby dojść do tragicznej katastrofy z ofiarami.
Trzy szybkie fakty
- Wartość jachtu „Still Alive” to około 10 mln euro.
- Pożar wybuchł podczas prac remontowych – spaliły się dwa piętra i obudowa jednostki.
- Jacht miał wypłynąć do La Palmas i Majorki – rejs miał zabrać gości z USA.
W bulwersującym zdarzeniu udziału nie wzięła załoga ani goście – jacht „Still Alive” spłonął, gdy był unieruchomiony na lądzie. Całe zdarzenie stało się podczas prac remontowych w porcie niedaleko Alicante. Piotr Misztal w rozmowie z mediami podkreśla dramatyczną kwestię: gdyby pożar wybuchł podczas rejsu, „wszyscy by pewnie zginęli”. To wydarzenie przypomina, jak kruche są nawet najbardziej ekskluzywne jednostki na morzu i przypomina o nieprzewidywalności żywiołów.
Czytaj więcej: Nowa siedziba polskiego żeglarstwa w Gdyni
Pożar podczas remontu
Jacht „Still Alive” znajdował się na lądzie i był poddawany odmalowaniu i polerowaniu kadłuba. Około godziny 1:00 rano ogień objął dwa pokłady i kadłub. Do akcji wkroczyła ekipa złożona ze stoczniowców, prokuratora i policji, ale uratowano jedynie boczne elementy konstrukcji.
Koszt zakupu i wyposażenia jachtu wyniósł około dziesięć milionów euro. Piotr Misztal ogłosił już plan budowy większej jednostki w tej samej stoczni. „Gdyby to wydarzyło się na morzu, podczas rejsu, to wszyscy by pewnie zginęli” – powiedział biznesmen, podkreślając, że bezpieczeństwo na morzu było priorytetem.
Zagrożenie na otwartym morzu
Misztal zwrócił uwagę, że nocleg na jachcie był zakazany – załoga wypoczywała w hotelu. Jacht miał być wodowany dzień później, gotowy na wyprawę do La Palmas i Majorki. Gdyby pożar nastąpił za kilka godzin, mogło dojść do prawdziwej tragedii na otwartym morzu.
Zobacz też: Śmieci na plaży: co naprawdę zostawiamy nad Bałtykiem
Dziennik Łódzki/mn






