Planowana budowa Pomorskiej Kolei Metropolitalnej Południe w Gdańsku oznacza prawdziwą rzeź drzew! Pod topór pójdzie aż 1050 drzew i prawie 30 ha krzewów. Choć lewicowe-liberalne środowiska zwykle protestują przeciwko podobnym inwestycjom, tym razem panuje wymowna cisza. Czy Gdańsk rzeczywiście odzyska zieleń, czy to tylko propaganda usprawiedliwiająca dewastację krajobrazu?
Drzewa idą pod topór, a ekolodzy milczą
Każda większa inwestycja w Polsce, jeśli tylko forsuje ją rząd lub konserwatywne samorządy, natychmiast staje się celem ataku ekologów i liberalnych mediów. Jednak gdy to urzędnicy powiązani z Platformą Obywatelską zarządzają wycinkę w Gdańsku, temat niemal nie istnieje w debacie publicznej. Dlaczego?
Planowane wycinanie drzew pod PKM Południe obejmie 1050 okazów, w tym dorodne dęby, klony, lipy i brzozy. Dodatkowo zniknie 28,8 ha krzewów, tworzących ważny ekosystem. Zwykle takie liczby byłyby dla „zielonych” organizacji pretekstem do protestów, ale teraz nikt nie krzyczy o katastrofie ekologicznej.
Co więcej, inwestycja prowadzona jest na terenach wzniesień, co czyni wycinkę jeszcze bardziej ryzykowną. Roślinność pełni tam kluczową rolę w zatrzymywaniu wody opadowej i ograniczaniu erozji gleby. Masowe usunięcie drzew i krzewów sprawić może, że deszczówka nie będzie miała naturalnej bariery, co zwiększy ryzyko tzw. powodzi błyskawicznych. Gdańsk już wcześniej doświadczał gwałtownych podtopień, które niszczyły infrastrukturę i dobytek mieszkańców. Teraz władze same torują drogę dla kolejnych katastrof, wycinając naturalne zabezpieczenia przed żywiołem.
Większość lokalnych mediów odważnie odtrąbiła przyjęcie decyzji środowiskowej.
Mimo oczywistego zagrożenia, zwolennicy inwestycji nie poruszają publicznie tego tematu. Czy Gdańsk nie wyciągnął wniosków z poprzednich powodzi – choćby na ul. Słowackiego? Przecież ul. Małomiejska regularne zamienia się w rzekę po opadach deszczu. A może priorytetem jest realizacja kosztownej inwestycji za wszelką cenę, nawet kosztem bezpieczeństwa mieszkańców? Czy polityczna poprawność nakazuje milczenie, gdy inwestycję forsuje środowisko sprzyjające liberalnym elitom.
Wyciąg z decyzji środowiskowej

Czytaj też: PKM Południe coraz bliżej. Kluczowa decyzja już prawomocna
Czy Gdańsk naprawdę odzyska zieleń?
Urzędnicy w decyzji środowiskowej tłumaczą, że wycinka jest konieczna, ale zapewniają, że w zamian pojawią się nowe nasadzenia. Jednak jak pokazuje praktyka, od obietnic do ich realizacji droga jest daleka. Już dziś wiadomo, że nowe drzewa będą sadzone nie tylko w Gdańsku, ale i w innych powiatach, co oznacza, że lokalni mieszkańcy i tak stracą swoje zielone enklawy.
Tymczasem, aby zrekompensować stratę 1050 drzew, potrzeba nie tylko nowych sadzonek, ale przede wszystkim czasu. Dorosłe drzewa, które dziś zostaną wycięte, mają kilkadziesiąt lat i tworzą naturalny system ochrony środowiska – pochłaniają wodę, produkują tlen i stanowią barierę przeciwwietrzną. Nowe nasadzenia, nawet jeśli rzeczywiście powstaną, nie spełnią tych funkcji przez dekady. Tym bardziej, że w wielu przypadkach takie „rekompensacyjne” nasadzenia ograniczają się do kilkuletnich sadzonek, z których znaczna część nie przetrwa nawet pierwszej zimy.

Nasadzenia mają być monitorowane przez trzy sezony wegetacyjne, ale co potem? Czy miasto rzeczywiście zadba o to, by młode drzewa osiągnęły pełną dojrzałość? A może po zakończeniu okresu monitoringu temat umrze śmiercią naturalną, a rachityczne sadzonki po cichu uschną, nie spełniając żadnej ekologicznej roli?
Dodatkowym problemem jest sama lokalizacja inwestycji. Wycinka na wzniesieniach może mieć tragiczne skutki dla całego Gdańska. Jeśli ta bariera zniknie, mieszkańcy dolnych partii miasta mogą się spodziewać powodzi błyskawicznych – czyli nagłych, niszczycielskich podtopień, które w Gdańsku już wielokrotnie powodowały milionowe straty. Czy naprawdę nikt nie przewidział, że beton i asfalt nie zatrzymają ulewnych deszczy, a pozbawione korzeni zbocza będą bardziej podatne na osunięcia ziemi?
Obietnice o ochronie zieleni coraz bardziej przypominają zwykły PR. Władze miasta chwalą się nowoczesną inwestycją, ale czy rzeczywiście liczą się z jej konsekwencjami? Czy Gdańsk nie wyciągnął wniosków z poprzednich kataklizmów, które doprowadziły do zalania domów, ulic i piwnic? Wycinka drzew w imię postępu to jedno, ale ignorowanie faktu, że miasto może zapłacić za to wysoką cenę, to już rażąca nieodpowiedzialność.
Zobacz też: Projekt budowy PKM Południe pochłonie 48 mln zł
Dlaczego Platforma Obywatelska niszczy przyrodę?
Mieszkańcy południowych dzielnic Gdańska, szczególnie w zlewni Potoku Oruńskiego mogą czuć się oburzeni. Do tej pory to właśnie władze miasta i ich sympatycy promowali się jako „przyjaciele przyrody”. Tymczasem bez większego rozgłosu podpisano wyrok na tysiące drzew.
Wystarczy przypomnieć, jak głośne były protesty przeciwko wycince drzew przy okazji budowy drogi ekspresowej Via Carpatia czy przekopu Mierzei Wiślanej (wycięto tam 25 ha lasu). Wtedy głosy sprzeciwu rozbrzmiewały na całe media. Gdzie dziś są ci sami aktywiści, którzy w obronie kilku hektarów lasu potrafili blokować inwestycje?

Pytania do inwestora
W związku z ogromną skalą wycinki i jej potencjalnie katastrofalnymi skutkami, zwróciliśmy się bezpośrednio do inwestora – spółki PKM S.A., należącej do samorządu województwa pomorskiego. Zadaliśmy pytania dotyczące konkretnych działań kompensacyjnych, które mają zrekompensować stratę 1050 drzew oraz niemal 30 ha krzewów. Chcemy wiedzieć, gdzie dokładnie zostaną wykonane nowe nasadzenia, jakie gatunki zostaną posadzone oraz w jaki sposób miasto zamierza zagwarantować, że młode drzewa osiągną pełną dojrzałość, zamiast uschnąć po kilku latach.
Interesuje nas również, czy władze PKM S.A. biorą pod uwagę ryzyko powodzi błyskawicznych wynikających z wycinki na wzniesieniach i jakie konkretne środki ochronne planują wdrożyć. Na ten moment wciąż czekamy na odpowiedź spółki. Gdy tylko otrzymamy oficjalne stanowisko inwestora, opublikujemy je w całości w osobnym artykule. Czy spółka ma realny plan odbudowy zieleni, czy też mieszkańcy Gdańska mogą spodziewać się jedynie pustych deklaracji? O tym przekonamy się już niebawem.
Maciej Naskręt






