Dominik Mazur z Ruchu Narodowego ocenia rządowe działania po incydencie na torach, wskazując na chaos służb, zbyt późną reakcję i – jak mówi – próbę obrócenia zagrożenia w propagandowy sukces. W tle pojawia się pytanie o realne bezpieczeństwo infrastruktury państwa.
Gdy w nocy słychać huk przy torach, a służby nie potrafią szybko ustalić, co się stało, trudno mówić o poczuciu bezpieczeństwa. Gdy do tego politycy ogłaszają sukces, bo „nie doszło do katastrofy”, rodzi się pytanie, czy państwo reaguje na zagrożenie, czy tylko je komentuje. Dominik Mazur z Ruchu Narodowego wypowiada się ostro, wprost i z dużą dozą ironii, opisując przebieg wydarzeń.
Jak zaczęła się noc pełna wątpliwości
Pierwsze zgłoszenie dotyczyło głośnego huku w pobliżu torów. Na miejsce przyjechała policja, ale – jak relacjonuje Mazur – funkcjonariusze nie dotarli do właściwego punktu.
Policja przyjechała, popatrzyła w ciemność, ale ponieważ nikt ich nie poprowadził za rączkę, uznała, że sprawą zajmą się… rano – mówi.
To właśnie ten moment uznaje za pierwszą poważną wpadkę.
W tym czasie przez uszkodzoną infrastrukturę przejechało kilka pociągów. Mazur zwraca uwagę, że to wydarzenie pokazuje brak kontroli nad sytuacją. Według niego bezpieczeństwo pasażerów zależało tu bardziej od szczęścia niż od sprawnie działających procedur.
Czytaj więcej: Narodowcy w Pruszczu Gdańskim: Polacy tracą kontrolę nad Polską
Mazur: „Z porażki zrobiono sukces”
Działania służb faktycznie ruszyły dopiero po szóstej czterdzieści. Od tej chwili – jak zauważa Mazur – rozpoczął się „spektakl” sprawdzania, czy rzeczywiście doszło do wybuchu.
Dwudzieścia osiem godzin ustalania, czy faktycznie coś wybuchło – wskazuje, podkreślając, że świadkowie słyszeli huk, szyna była rozerwana, a obok leżały przewody prowadzące do miejsca zdarzenia.
Mimo to w pierwszym komunikacie państwo stwierdziło, że brak dowodów na udział osób trzecich. Kilka godzin później padły już słowa o „wrogich działaniach dywersyjnych”. Mazur określa to przewrotnie: „Cóż za mistrzostwo operacyjne”. W jego ocenie narracja rządu była tak elastyczna, że dopasowywała się do okoliczności, zamiast jasno przedstawiać fakty.
Co ta sytuacja mówi o bezpieczeństwie państwa
Ponadto Mazur podkreśla, że najniebezpieczniejsze nie jest samo zdarzenie, lecz sposób, w jaki państwo na nie reagowało.
Właśnie dożyliśmy czasów, w których wysadzenie torów staje się… okazją do ogłoszenia sukcesu rządu Tuska – zauważa, wskazując, że w jego ocenie rząd próbuje każdą sytuację przedstawić jako kontrolowaną.
Dodaje też:
Rząd może być z siebie dumny. A my możemy spać spokojnie… podobno.
Jego zdaniem incydent obnażył „kompletną bezradność rządu KO wobec działań dywersyjnych czy terrorystycznych”. To właśnie ta diagnoza, oparta na opóźnionych reakcjach, rozbieżnych komunikatach i braku błyskawicznego zabezpieczenia infrastruktury, ma kluczowe znaczenie dla oceny tej sprawy. Gdy bezpieczeństwo zależy od minut i precyzji, polityczny spektakl może stać się największą słabością państwowych instytucji.
Zobacz też: Natalia Kołc: Podatek od pustostanów to ślepa uliczka
mn






