Listopad w polskiej tradycji to czas zadumy, modlitwy i wspólnoty. To miesiąc, w którym Polacy odwiedzają groby, wspominają bliskich i świętują niepodległość. W tym samym czasie, w Gdańsku, jedna z miejskich instytucji kultury – Dom Kultury Plama – proponuje mieszkańcom wydarzenie, które z tą tradycją nie ma nic wspólnego. 15 listopada odbędzie się tam pokaz filmu „Zakon diabła” oraz towarzyszący mu performance dragowy. Wydarzenie reklamowane jest jako „eksperymentalne”, „agresywne” i „z piwnicy”.
Dla części środowisk kulturalnych to „awangarda”. Dla mieszkańców, którzy na tę instytucję łożą z podatków, to po prostu zwykły skandal.
Zakon diabła zamiast patriotyzmu
W listopadowym programie Domu Kultury Plama próżno szukać wydarzeń odnoszących się do Święta Niepodległości czy Zaduszek. W czasie, gdy w całym kraju odbywają się koncerty, wieczornice i patriotyczne spektakle, gdańska instytucja jest zamknięta. Dopiero tydzień po 11 listopada zaprasza mieszkańców na seans filmu, którego tytuł jednoznacznie przywołuje satanistyczne skojarzenia.
„Zakon diabła” to amerykański horror klasy B z 2000 roku w reżyserii Mike’a Mendeza. Fabuła opowiada o grupie licealistów włamujących się do opuszczonego klasztoru, gdzie napotykają satanistyczny kult i opętane duchy. Film od lat krąży w niszowym obiegu jako groteskowa parodia kina grozy. W Gdańsku ma być pokazany po raz pierwszy publicznie, w cyklu „Potwory z szafy”.
Ale pokaz filmu to dopiero połowa wieczoru. Drugą część stanowi performance artystki występującej pod pseudonimem Infectica, która zapowiada swój występ jako „agresywne, eksperymentalne perfo dragowe prosto z brudnej, industrialnej piwnicy”.
Opis wydarzenia nie pozostawia wątpliwości: to nie spotkanie z kulturą w klasycznym znaczeniu, ale raczej manifestacja antyestetyki i prowokacji.
Kultura czy antykultura?
Dla wielu taka oferta w miejskiej instytucji to może być po prostu policzek. Zamiast koncertu patriotycznego – satanistyczny horror. Zamiast spotkania z historią – groteskowe widowisko, które bawi się symboliką religijną i tradycją.
Jak podkreśla Piotr Bednarski z Ruchu Narodowego, to nie przypadek:
To kolejny przykład realizowania przez władze Gdańska liberalno-lewicowej agendy kulturalnej. Publiczne pieniądze wydaje się na coś, co nie ma nic wspólnego z polską kulturą, a często jest z nią w jawnym konflikcie. W listopadzie, miesiącu pamięci i wspólnoty, mieszkańcy nie mają żadnej oferty patriotycznej, a w miejskim domu kultury promuje się bluźniercze widowisko – mówi działacz.
Takie wydarzenia to świadome zacieranie granicy między kulturą a prowokacją. W czasach, gdy samorządy tłumaczą się brakiem środków na remonty szkół, przedszkoli czy lokalnych bibliotek, trudno uzasadnić wydatki na przedsięwzięcia, których jedynym efektem jest szok i podział opinii publicznej.

Film, który drwi z sacrum
„Zakon diabła” to tytuł, który sam w sobie budzi kontrowersje. W filmie zakonnice zostają zamordowane, klasztor zamienia się w miejsce opętania, a demoniczne rytuały stanowią główną oś fabuły. Choć reżyser Mike Mendez określa swoje dzieło mianem „czarnej komedii”, dla wielu widzów trudno znaleźć w nim choć cień humoru.
W polskich realiach, gdzie pamięć o roli Kościoła w historii i kulturze narodowej wciąż jest żywa, takie obrazy mogą być odczytane jako drwina z wiary i celowe łamanie tabu religijnego. Szczególnie, gdy seans odbywa się nie w prywatnym klubie, lecz w instytucji publicznej finansowanej z budżetu miasta.
W reklamie wydarzenia nie brakuje mocnych słów. Organizatorzy podkreślają, że to „jedyny taki pokaz w Polsce”, a całość ma odbyć się w atmosferze „industrialnej piwnicy”. To estetyka świadomie antykulturowa, mająca odrzucać klasyczne pojęcie piękna i harmonii.

Drag z piwnicy
Drugim elementem wieczoru ma być występ Infectiki – artystki znanej z performansów określanych jako „perfo dragowe z ciemnej strony sieci”. Sama performerka definiuje się jako „nie drag queen, nie performer, nie rzecz”, co ma podkreślać jej „płynną tożsamość” i bunt wobec konwencji.
Zamiast estetyki scenicznej – surowość i prowokacja. Zamiast przekazu artystycznego – gra z brzydotą i szokiem.
To forma ekspresji, która w środowiskach alternatywnych uchodzi za odważną, ale w instytucji publicznej finansowanej z podatków jest trudna do obrony. Szczególnie wtedy, gdy odbywa się w miesiącu, który w polskiej kulturze zarezerwowany jest na pamięć i skupienie.
Gdańsk: miasto otwartości czy miasto prowokacji?
Plama działa w strukturze Gdańskiego Archipelagu Kultury, jednej z największych miejskich instytucji artystycznych. Na jej działalność co roku przeznaczane są miliony złotych z budżetu miasta. W założeniu ma to być sieć domów kultury, które wspierają lokalnych artystów i integrują społeczność.
Tymczasem coraz częściej słychać głosy, że działalność GAK oddala się od swojej misji. Mieszkańcy pytają: gdzie warsztaty dla dzieci, gdzie koncerty z pieśniami patriotycznymi, gdzie przestrzeń dla rodzin? Dlaczego zamiast tego pojawiają się wydarzenia balansujące na granicy dobrego smaku i bluźnierstwa?
Zarzuty o „antykulturę” pojawiały się już wcześniej – przy wystawach o charakterze politycznym, instalacjach kwestionujących tradycyjną rodzinę czy akcjach ulicznych o wymiarze ideologicznym. Jednak „Zakon diabła” wydaje się przekraczać kolejną granicę.

Pieniądze zamiast wartości
W czasie, gdy samorządy w całym kraju zmagają się z brakiem funduszy na kulturę, Gdańsk potrafi finansować projekty, które zamiast łączyć, dzielą. I to nie pierwszy raz. Od lat władze miasta promują tzw. „kulturę otwartą” – rozumianą jako eksperyment i różnorodność, ale coraz częściej sprowadzającą się do kontrowersji i prowokacji.
Piotr Bednarski zwraca uwagę, że to nie przypadek, lecz strategia:
Prezydent Dutkiewicz i jej otoczenie traktują kulturę jak narzędzie ideologicznej promocji. Zamiast wspierać wspólnotę i tożsamość, finansują projekty, które mają szokować i rozbijać. W tym samym czasie nie ma pieniędzy na przedszkola, drogi czy programy dla seniorów – mówi działacz Ruchu Narodowego.
Podobne opinie wyrażają radni opozycji, którzy zapowiadają interpelację w sprawie finansowania wydarzenia z budżetu GAK. Ich zdaniem, miasto nie może tłumaczyć się „wolnością artystyczną”, gdy chodzi o pieniądze publiczne.
Co dalej z kulturą w Gdańsku?
Sprawa „Zakonu diabła” może stać się symbolem szerszego problemu – rozpadu pojęcia kultury publicznej w samorządach, które uznały prowokację za formę sztuki. Bo kultura, która ma służyć wspólnocie, nie może jednocześnie szydzić z jej wartości.
Dla konserwatywnych środowisk nie jest to kwestia cenzury, lecz elementarnego szacunku wobec polskiej tradycji i religii. Nikt nie żąda zakazu filmów czy performance’ów. Żądanie jest jedno: by nie finansować z podatków przedsięwzięć, które obrażają większość obywateli.
Bo kultura publiczna to nie eksperyment ideologiczny, lecz wspólne dobro.
Zobacz też: Artyści kontra ratusz – spór o kulturę w Gdańsku

Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.






