Luty 1996 r. Gdańsk wyszedł na ulice w milczeniu. Kilka tysięcy ludzi przeszło przez miasto w Czarnym Marszu. Powód był jeden. Bezsensowna śmierć 21-letniego studenta medycyny Ireneusza Reglińskiego. Ta historia zaczęła się w wagonie SKM. Skończyła na torach przy stacji Gdańsk-Przymorze. I do dziś jest symbolem tamtych lat.
Noc z 11 lutego 1996 r. – śmierć studenta medycyny
Był wczesny poranek 11 lutego 1996 r. Ireneusz Regliński wracał do domu kolejką SKM ze swoją dziewczyną. Miał 21 lata. Studiował medycynę. Znajomi wspominali go jako spokojnego, pracowitego chłopaka. Tego dnia nic nie zapowiadało tragedii.
Na przystanku Gdańsk Żabianka do pociągu wsiadła grupa młodych ludzi. Wracali z dyskoteki. Byli pod wpływem alkoholu. Wśród nich była Anna A. oraz czterech mężczyzn: Ireneusz R., Daniel L., Maciej T. i Robert O. To spotkanie okazało się fatalne.
Z nie do końca jasnych powodów Anna A. zwróciła uwagę na parę siedzącą w wagonie. Podeszła do Irka i jego dziewczyny. Rzuciła: „Love story się skończyło!”. Po chwili zaczęła ich wulgarnie wyzywać. Irek miał powiedzieć: „Odejdź od nas!”. To wystarczyło, by agresja eskalowała.
„Trzeba go wyrzucić z kolejki”
Anna A. wróciła do swoich znajomych. Według ustaleń śledczych powiedziała: „Chłopak się burzy, trzeba go wyrzucić z kolejki”. Te słowa padły wprost. Po chwili cała grupa ruszyła w stronę siedzącej pary.
Irek próbował uniknąć awantury. Wstał razem z dziewczyną i skierował się w stronę wyjścia. Jednak napastnicy nie odpuścili. Poszli za nimi. Wyciągnęli 21-latka do przedsionka między wagonami. To wąska przestrzeń, gdzie podczas jazdy trudno utrzymać równowagę.
Tam zaczęło się brutalne bicie. Ciosy pięściami. Kopnięcia. Uderzenia w głowę. Dziewczyna Irka była bezradna. W pewnym momencie Anna A. miała rzucić w jej stronę: „Było się pultać?”. Te słowa wracały później w sądzie jak echo tamtej nocy.
Pociąg zbliżał się do stacji Gdańsk-Przymorze. W trakcie szarpaniny ktoś otworzył drzwi wagonu. Nie udało się jednoznacznie ustalić, kto to zrobił. Nie ustalono też, czy Irek stracił równowagę, czy został wypchnięty. Faktem jest, że wypadł z jadącej kolejki. Razem z nim na tory spadł jeden z napastników, Robert O.
Śmierć na miejscu i dramat w szpitalu
Ireneusz Regliński uderzył w wiatę osłaniającą tunel na stacji Gdańsk-Przymorze. Zginął na miejscu. Miał 22 lata. Robert O. przeżył upadek, choć był ciężko ranny. Trafił do szpitala w stanie krytycznym. Miesiąc później zmarł.
Pozostali uczestnicy zajścia wysiedli na przystanku. Sprawdzili, w jakim stanie jest ich kolega. Gdy zobaczyli, że oddycha, wezwali pogotowie. Nie czekali jednak na karetkę. Wsiedli do taksówek i rozjechali się do domów. Ten obraz zapamiętało wielu mieszkańców Trójmiasta.
Policja szybko ustaliła tożsamość sprawców. Miała dane jednego z uczestników bójki, co pozwoliło dotrzeć do pozostałych. Śledztwo toczyło się w świetle jupiterów. Sprawą żyły ogólnopolskie media. Wypowiadali się politycy, ministrowie, duchowni. Ostatecznie prokuratura oskarżyła cztery osoby o zabójstwo: Ireneusza R., Daniela L., Macieja T. i Annę A.
Czarny marsz i społeczny sprzeciw
22 lutego 1996 r. ulicami Gdańska przeszedł Czarny Marsz. W milczeniu maszerowało kilka tysięcy osób. Byli uczniowie, studenci, nauczyciele, pracownicy naukowi. Domagali się od władz ustawodawczych i wykonawczych natychmiastowych działań na rzecz bezpieczeństwa obywateli. Chcieli realnej ochrony prawnej i zdecydowanej reakcji państwa na przemoc.
To była pierwsza w Polsce manifestacja tego typu. Protest przeciw bezkarności i brutalności. Warto zauważyć, że w kolejnych latach podobne marsze organizowano w wielu miastach. Polacy wychodzili na ulice po tragediach dzieci, ofiar pijanych kierowców, aktach brutalnej przemocy. Jednak to Gdańsk w 1996 r. był pierwszy.

Dwa procesy i zmiana kwalifikacji – śmierć studenta
W marcu 1997 r., ponad rok po tragedii, Sąd Wojewódzki w Gdańsku wydał pierwszy wyrok. Uznał, że za śmierć Irka odpowiadają cztery osoby. Zmienił jednak kwalifikację czynu z zabójstwa na pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Daniel L. i Ireneusz R. zostali skazani na 11 lat więzienia. Anna A. usłyszała wyrok 10 lat. Maciej T. – 9 lat.
Od wyroku odwołali się obrońcy. Uważali, że kary są zbyt surowe. Chcieli, by ich klienci odpowiadali jedynie za pobicie. Jednocześnie oskarżyciel domagał się uznania czynu za zabójstwo. Pod koniec marca 1998 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Wskazał na istotne uchybienia w uzasadnieniu.
Drugi proces trwał kolejne lata. Ostateczny wyrok zapadł w grudniu 2001 r., niemal 6 lat po śmierci studenta. Ireneusz R. i Daniel L. zostali skazani na 8 lat więzienia. Anna A. na 7 lat. Maciej T. na 6 lat pozbawienia wolności. Ta dwójka opuściła areszt niemal od razu, ponieważ znaczną część kary odbyła już w trakcie procesu. Niedługo później więzienie opuścili także pozostali skazani.

„Syn zginął bez powodu”
Po ogłoszeniu wyroku rodzice Irka mówili krótko: są takie rany, które nigdy się nie zabliźniają. Podkreślali, że ich syn zginął bez powodu. I że z tym nigdy się nie pogodzą. Te słowa nie wymagają komentarza.
Ta sprawa do dziś wraca w rozmowach o bezpieczeństwie w przestrzeni publicznej. Pokazuje, jak cienka jest granica między zaczepką a tragedią. Jedno zdanie. Jeden gest. Kilka uderzeń. A potem śmierć i lata procesów.
Czy coś się zmieniło przez 30 lat? Dziś w pociągach są kamery. Jest monitoring. Patrole. Jednak pytanie o reakcję świadków pozostaje aktualne. W 1996 r. w wagonie byli ludzie. Nikt nie zdołał skutecznie przerwać bójki. Strach okazał się silniejszy.
Śmierć studenta Ireneusza Reglińskiego to nie tylko archiwalne zdjęcia i wycinki z gazet. To przestroga. I część historii Pomorza, o której nie wolno zapominać.
Czytaj więcej: M/S „Maria Konopnicka”. Gdy życie było mniej warte niż statek dla ZSRR
mn

