To może być największa zmiana ustrojowa na Pomorzu od lat. Bez referendum. Bez bezpośrednich wyborów. Za to z budżetem sięgającym pół miliarda zł rocznie, czyli tyle ile ma dzisiaj na przykład Żukowo. Pytanie brzmi: czy mieszkańcy naprawdę wiedzą, co właśnie się tworzy?
Ustawa metropolitalna dla Pomorza wraca z pełną siłą. Właśnie rząd przyjął projekt tego dokumentu i lada dzień trafi on do Sejmu. Zwolennicy mówią o lepszym transporcie i silniejszym regionie. My z kolei pytamy, czyli krytycy, pytamy o odpowiedzialność i kontrolę społeczną. Spór nie dotyczy już samej idei współpracy. Chodzi o władzę i pieniądze.
Pół miliarda zł rocznie. Skala, która zmienia wszystko
Projekt zakłada, że związek metropolitalny otrzyma 0,49 proc. udziału w PIT od mieszkańców gmin członkowskich oraz 0,14 proc. od podatników mieszkających w gminach niebędących członkami, ale położonych w powiatach należących do związku. W praktyce mówimy o ok. 500 mln zł rocznie.
To nie są drobne pieniądze na promocję regionu. To budżet wyrwany z Warszawy porównywalny z budżetem gminy Żukowo. A Żukowo ma radę gminy wybieraną w wyborach powszechnych. Ma burmistrza, którego można rozliczyć przy urnie. Ma komisję rewizyjną, sesje, interpelacje i lokalne media patrzące władzy na ręce.
Metropolia będzie dysponować podobną skalą pieniędzy. Tyle że jej władz mieszkańcy nie wybiorą bezpośrednio. To różnica fundamentalna. Jeśli operujesz budżetem jak prężna wiejsko-miejska gmina, standard odpowiedzialności powinien być równie wysoki.
Model śląski to nie kopia 1 do 1
Zwolennicy ustawy przypominają, że podobne rozwiązania funkcjonują od 2017 roku na Śląsku. Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia ma 5 proc. udziału w PIT i w wielu obszarach, zwłaszcza w transporcie, uporządkowała chaos kompetencyjny.
To prawda. Integracja taryf i wspólna organizacja komunikacji przyniosły realne efekty. Tyle że Śląsk to ponad 2 mln mieszkańców, gęsta urbanizacja i inna historia współpracy między miastami. Pomorze ma wyraźny rdzeń i słabsze peryferia. Inne wyzwania komunikacyjne ma powiat tczewski, a jeszcze inne pucki. Układ sił jest inny. Próbuje się sprowadzić do jednego mianownika problem Kociewia – z dojazdami do pracy – z wyzwaniami turystycznymi takich gmin Władysławowo.
Co więcej, w projekcie pomorskim pojawia się wątek 0,14 proc. PIT od mieszkańców gmin, które formalnie nie muszą być członkami związku, jeśli ich powiat do niego przystąpi. To rozwiązanie budzi emocje. Mieszkaniec może współfinansować metropolię, choć jego gmina nie będzie miała bezpośredniej reprezentacji w zgromadzeniu.
W teorii to uzasadnione wspólną organizacją transportu. W praktyce to delikatny grunt polityczny. Ludzie są wyczuleni na hasło: „płacę, ale nie decyduję”.

Pośrednia odpowiedzialność to nie detal
Władze metropolii nie będą wybierane w wyborach powszechnych. Zgromadzenie utworzą wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast albo ich delegaci. To oni wybiorą zarząd. Zarząd nie może łączyć funkcji z mandatem posła czy wójta. Ma mieć charakter menedżerski.
Z punktu widzenia prawa to poprawna konstrukcja. Związek metropolitalny nie jest osobną jednostką samorządu terytorialnego, więc nie może zastępować gmin. Jednak z punktu widzenia obywatela łańcuch odpowiedzialności się wydłuża.
Mieszkaniec głosuje w swojej gminie. Później decyzje o strategicznych sprawach zapadają poziom wyżej. Gdy coś pójdzie nie tak, zaczyna się klasyczne przerzucanie odpowiedzialności. To metropolia. To gminy. To zarząd. To zgromadzenie. I w efekcie nikt nie czuje się do końca winny. Z punktu widzenia jednorodnego politycznie Pomorza sytuacja jest wręcz idealna – wszyscy winni tylko nie my. Najwyżej zmieni się lekko zarząd i wszystko wróci do normy.
Czytaj więcej: Czytelnik: wyboje na Obwodnicy Metropolitalnej budzą mój niepokój
Rdzeń i peryferie – napięcie wpisane w ustawę
Inicjatywa utworzenia związku wychodzi z Gdańska. W pierwszej fazie pełnomocnikiem organizującym ma być prezydent Gdańska. Obsługę zapewni urząd miasta. To rozwiązania techniczne, ale politycznie mają znaczenie.
Do tego dochodzi system ważenia głosów w zgromadzeniu oparty na liczbie mieszkańców. Duże miasta mają naturalnie silniejszy wpływ. Małe gminy mogą mieć poczucie, że ich rola sprowadza się do dostosowania się do decyzji rdzenia.
Oczywiście można powiedzieć: tak działa demokracja, liczba mieszkańców ma znaczenie. Jednak w strukturze, która ma zarządzać setkami mln zł i planowaniem przestrzennym całego regionu, pytanie o równowagę nie jest wydumane.
Transport to nie wszystko – ustawa metropolitalna dla Pomorza
Najczęściej przywoływanym argumentem jest transport. Chaos przewozów, różne taryfy, brak koordynacji między gminami. Metropolia ma to uporządkować. I to jest cel zrozumiały.
Ale historia pokazuje, że struktury metropolitalne mają tendencję do rozszerzania kompetencji. Dziś transport i planowanie. Jutro gospodarka odpadami, energetyka, polityka mieszkaniowa. Każdy kryzys będzie argumentem za kolejnym przesunięciem kompetencji.
To nie musi być złe. Jednak każda taka zmiana oznacza przesunięcie środka ciężkości władzy z poziomu gmin do poziomu związku. A to już jest decyzja ustrojowa, nie tylko organizacyjna.
Pieniądze to także polityka
Pół miliarda zł rocznie to nie jest tylko księgowość. To realne narzędzie wpływu. Decyzje o inwestycjach, liniach transportowych, kierunkach rozwoju będą miały swoich wygranych i przegranych.
Warto zauważyć, że budżet tej skali w klasycznej gminie podlega stałej kontroli radnych, lokalnych mediów i mieszkańców. W metropolii kontrola będzie bardziej rozproszona i pośrednia. Formalnie poprawna. Politycznie mniej czytelna.
Dlatego spór o ustawę nie jest histerią ani atakiem na ideę współpracy. To dyskusja o tym, czy przy takiej skali pieniędzy i kompetencji mechanizmy odpowiedzialności są wystarczająco mocne.
Na końcu i tak wszystko sprowadzi się do prostego pytania: czy mieszkaniec, który zapłaci swój PIT, będzie miał realne poczucie wpływu na decyzje podejmowane w jego imieniu.
Zobacz też: Ustawa metropolitalna. Obietnice bez finału
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.
