Donald Trump znów wrzucił na stół temat amerykańskich wojsk w Europie. Tym razem zasugerował, że część żołnierzy wycofywanych z Niemiec mogłaby trafić do Polski. Decyzji nie ma, ale sama wypowiedź prezydenta USA brzmi w Warszawie jak polityczny sygnał. I to taki, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie zignoruje.
Polska chce więcej Amerykanów
Trump został zapytany przez dziennikarzy o polski postulat dotyczący przeniesienia wojsk USA z Niemiec do Polski. Nie próbował udawać, że sprawy nie ma.
Przyznał wprost, że Polska byłaby takim ruchem zainteresowana. Dodał też, że Stany Zjednoczone mają z naszym krajem bardzo dobre relacje. Wspomniał przy tym o swoich kontaktach z polskim prezydentem, którego określił jako twardego zawodnika i polityka, którego lubi.
To nie była jeszcze zapowiedź decyzji. Raczej otwarte drzwi. Ale w polityce bezpieczeństwa czasem właśnie takie zdania znaczą więcej niż długi komunikat z urzędową pieczątką.
Niemcy mogą stracić część wojsk
W tle jest wcześniejsza zapowiedź Trumpa dotycząca redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Niemczech. Dotąd mowa była o 5 tys. żołnierzy, ale prezydent USA zasugerował, że skala może być większa.
Na razie jednak szczegółów brak. Sekretarz stanu Marco Rubio mówił w piątek, że żadne ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły. To ważne, bo w tej sprawie każde przesunięcie batalionu oznacza konkret: bazy, sprzęt, kontrakty, mieszkania, drogi, kolej, a przede wszystkim bezpieczeństwo ludzi mieszkających blisko wschodniej flanki NATO.
Dla mieszkańca Podkarpacia, Mazowsza czy Lubelszczyzny obecność amerykańskich żołnierzy nie jest abstrakcją z telewizji. To czasem hałas samolotów, kolumny sprzętu na trasie, większy ruch wokół baz. Ale też poczucie, że w razie kryzysu ktoś naprawdę stoi obok. Nie na papierze.
Czytaj też: Tusk zapowiada stworzenie półmilionowej armii
Warszawa patrzy na Waszyngton
Polska od lat zabiega o mocniejszą obecność USA. Nie chodzi tylko o prestiż. W praktyce większa liczba amerykańskich żołnierzy oznacza trudniejszy rachunek dla każdego, kto chciałby testować odporność regionu.
Trump, odpowiadając na pytanie, nie wykluczył przeniesienia wojsk. Gdy dziennikarze dopytali, czy faktycznie to zrobi, odpowiedział krótko, że może. Tyle i aż tyle.
W dyplomacji takie „może” potrafi uruchomić telefony szybciej niż oficjalna nota. Zwłaszcza gdy mowa o żołnierzach, którzy już są w Europie, tylko mogą zmienić miejsce stacjonowania.
Rozejm na wschodzie w tym samym tle
Trump odniósł się także do trzydniowego rozejmu między Rosją i Ukrainą, ogłoszonego przy okazji rosyjskiego Dnia Zwycięstwa. Według prezydenta USA była to jego inicjatywa, a nie Władimira Putina. Twierdził też, że obaj przywódcy łatwo się na nią zgodzili.
Amerykański prezydent wyraził nadzieję, że krótka przerwa w walkach może przerodzić się w coś trwalszego. Brzmi dobrze, choć na wojnie takie deklaracje sprawdza się nie po słowach, tylko po ciszy na froncie. A tej zwykle brakuje najtrudniej.
Pytany o ewentualne wysłanie swojego zespołu do Moskwy na dalsze rozmowy, Trump odpowiedział, że zrobiłby to, gdyby uznał, że taki krok pomoże.
Decyzji nie ma, sygnał już poszedł
Najważniejsze w tej historii jest to, że Waszyngton nie zamknął tematu. Polska chce amerykańskich wojsk, Trump nie mówi „nie”, a Niemcy mogą stać się miejscem, z którego część sił USA zostanie wycofana.
To jeszcze nie 100 proc. pewności i nie gotowy rozkaz dla dowódców. Raczej polityczne badanie gruntu. Ale dla Polski nawet taka wypowiedź ma znaczenie, bo pokazuje, że temat przesunięcia wojsk na wschód Europy wraca do gry.
A w obecnych warunkach sama obecność amerykańskiego żołnierza nad Wisłą bywa mocniejszym komunikatem niż niejeden szczyt i niejeden dokument. Zwłaszcza dla tych, którzy lubią sprawdzać, gdzie kończy się cierpliwość Zachodu.
Czytaj też: Strach w Berlinie. Trump zapowiada większe wycofanie wojsk USA z Niemiec
mn





