Gdańsk na początku czerwca pochwalił się dofinansowaniem na bioelektrociepłownię za 179,5 mln zł netto. W komunikacie było dużo o czystej energii, bezpieczeństwie energetycznym, recyklingu i nowoczesnym systemie odpadów. Zabrakło jednak jednej informacji, która dla mieszkańca może być ważniejsza niż wszystkie zielone hasła razem wzięte. Ponad 98 mln zł z tej inwestycji to pożyczka na 10 lat, oprocentowana obecnie na 5,05 proc. Miasto przekonuje, że jest preferencyjna, oczywiście. Ale jak weźmie się kalkulator to w oddali widać podwyżkę za wywóz odpadów.
Najpierw zielony sukces
Miasto ogłosiło, że Aleksandra Dulkiewicz podpisała w Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej umowę na dofinansowanie budowy bioelektrociepłowni w Zakładzie Utylizacyjnym na Szadółkach. Brzmiało efektownie. Inwestycja za blisko 179,5 mln zł ma przetwarzać 60 tys. ton bioodpadów rocznie. Z odpadów mają powstawać prąd, ciepło i certyfikowany nawóz organiczny.
W oficjalnym przekazie pojawiły się konkretne liczby: około 14 tys. MWh energii elektrycznej rocznie, co ma wystarczyć dla około 7 tys. gdańskich gospodarstw domowych, oraz około 54 tys. GJ energii cieplnej, odpowiadające potrzebom około 3 tys. mieszkań. Do tego ograniczenie zapachów, modernizacja gospodarki wodno-ściekowej, zadaszenie placów i wzrost recyklingu o 5-7 punktów procentowych.
Ładny obrazek. Miasto ekologiczne, nowoczesne, odpowiedzialne. Tyle że mieszkańcy nie płacą rachunków obrazkami.
Ktoś powie: ale przecież jest 80,8 mln zł bezzwrotnej dotacji (choć dotacja też jest z podatków), więc o co chodzi? O to, że dotacja nie unieważnia długu. Jest ważna, realna i korzystna dla miasta, ale obok niej stoi 98,7 mln zł pożyczki. To ponad połowa finansowania całej inwestycji. Pożyczki nie spłaca się komunikatem prasowym ani zdjęciem z podpisania umowy. Spłaca się ją pieniędzmi – przez 10 lat, z oprocentowaniem, które dziś wynosi 5,05 proc.
Dlatego pytanie nie brzmi: czy dotacja jest dobra. Oczywiście, że jest. Pytanie brzmi: dlaczego mieszkańcy nie dostali od razu pełnego rachunku, razem z kosztem odsetek, harmonogramem spłaty i jasną informacją, czy obsługa długu wpłynie na koszty miejskiego systemu odpadów.
Preferencyjna, czyli rynkowa
Dopiero po dodatkowym pytaniu wyszło, ile ta „preferencyjna” pożyczka naprawdę kosztuje. Jędrzej Sieliwończyk z biura prasowego Urzędu Miejskiego w Gdańsku odpowiedział wprost: „pożyczka jest udzielona na 10 lat”.
Dalej jest jeszcze ciekawiej. Oprocentowanie opisano jako „zmienne, na warunkach rynkowych”. Czyli mamy cudowne zestawienie: w komunikacie „preferencyjna”, w odpowiedzi „rynkowa”. Pięknie się to spina. Prawie jak faktura za usługę, której nikt nie zamawiał, ale wszyscy będą ją jakoś finansować.
Sieliwończyk podał też konkretny mechanizm naliczania odsetek: stopa bazowa plus marża 75 punktów bazowych. Obecnie wygląda to tak:
Aktualna stopa bazowa to 4,3 proc. + marża 0,75 proc. = 5,05 proc.
Czyli po ludzku: miasto chwali się preferencją, a pożyczka jest dziś oprocentowana na 5,05 proc. rocznie. Przy kwocie 98,7 mln zł daje to około 4,98 mln zł odsetek w pierwszym roku, jeżeli cała kwota byłaby uruchomiona. Prawie 5 mln zł. Taki drobiazg, który jakoś nie zmieścił się w entuzjastycznym komunikacie.
by uświadomić 5 mln zł starczyłoby zakup nowoczesnego wozu specjalnego z drabiną mechaniczną o wysokości 40 metrów dla Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku.
Odsetki zjedzą oszczędności?
W oficjalnym materiale miasto podkreślało, że inwestycja może przynieść od 3,5 do 5 mln zł oszczędności rocznie. Chodzi o uniknięcie kar i wyższych opłat środowiskowych. Brzmi dobrze. Każda oszczędność w miejskim systemie ma znaczenie, szczególnie gdy mieszkańcy regularnie słyszą, że wszystko drożeje, wszystko trzeba modernizować i na wszystko potrzeba pieniędzy.
Tylko że przy obecnym oprocentowaniu sama obsługa odsetkowa pożyczki może na starcie wynosić niemal tyle, ile górna granica tych zapowiadanych oszczędności. Miasto mówi: oszczędzimy do 5 mln zł rocznie. Matematyka odpowiada: odsetki od pożyczki mogą wynieść około 5 mln zł w pierwszym roku.
No i robi się mniej podniośle.
Przy regularnej spłacie kapitału przez 10 lat odsetki mogą wynieść orientacyjnie około 27-29 mln zł. Przy mniej korzystnym harmonogramie, gdyby przez lata spłacane były głównie odsetki, a kapitał dopiero później, koszt mógłby być wyższy. Nawet bliski 50 mln zł. Bez pełnego harmonogramu spłat mieszkańcy nie wiedzą, jaki rachunek naprawdę kryje się za słowem „preferencyjna”.
A przecież to nie jest prywatna inwestycja za pieniądze znalezione w szufladzie. To miejska spółka, miejski system odpadów i publiczne finansowanie, to znaczy finansowanie przez mieszkańców. W takim przypadku pełny rachunek powinien być podany od razu, a nie dopiero po pytaniu.
Doceniasz naszą robotę? Postaw nam kawę
Dzięki Twojemu wsparciu możemy publikować bez nacisków.
Koszty spółki, czyli czyje?
Najbardziej wymowne jest jednak ostatnie zdanie odpowiedzi. Na pytanie, czy obsługa pożyczki będzie uwzględniana w kosztach systemu gospodarowania odpadami w Gdańsku, padła odpowiedź: „Obsługa została uwzględniana w kosztach spółki”.
I tu mieszkaniec powinien się zatrzymać.
Bo spółka nie żyje z powietrza. Zakład Utylizacyjny nie ma tajemniczego źródełka, z którego może nalać 5 mln zł rocznie na odsetki, otrzepać ręce i powiedzieć: nic się nie stało. Jeżeli koszt trafia do spółki, to prędzej czy później trzeba zapytać, czy nie trafi także do cen usług, rozliczeń z miastem albo całego systemu odpadowego.
Nie da się dziś uczciwie napisać, że opłaty za śmieci na pewno wzrosną przez tę konkretną inwestycję. Tego w odpowiedzi nie ma. Ale równie nieuczciwe byłoby udawanie, że koszty spółki są dla mieszkańców kompletnie obojętne. Zwłaszcza w systemie, za który gdańszczanin płaci regularnie. Bez fanfar, konferencji i zdjęć z podpisywania umów.
Zwykły mieszkaniec może więc zadać bardzo proste pytanie: skoro odsetki są kosztem spółki, to kto ostatecznie będzie ten koszt pokrywał?
Wielka dotacja, jeszcze większe pytania
Nie chodzi o to, by przekreślać samą budowę bioelektrociepłowni. Instalacja może być potrzebna. Gdańsk ma przetwarzać rocznie 60 tys. ton bioodpadów, produkować energię i ciepło, ograniczać uciążliwości zapachowe oraz poprawić poziom recyklingu. To wszystko są argumenty, których nie da się zbyć jednym machnięciem ręki.
Problem leży gdzie indziej. W sposobie opowiadania o pieniądzach.
Mieszkańcy usłyszeli o inwestycji za 179,5 mln zł, dotacji, czystej energii i oszczędnościach. Nie usłyszeli od razu, że ponad połowa finansowania to 10-letnia pożyczka oprocentowana dziś na 5,05 proc. Nie usłyszeli, ile mogą wynieść odsetki. Nie usłyszeli też jasno, czy obsługa tego długu będzie miała wpływ na koszty systemu, w którym wszyscy uczestniczą jako płatnicy.
Dopiero dodatkowe pytanie odsłoniło drugą stronę medalu. A może raczej drugą stronę faktury.
W oficjalnej narracji wszystko wygląda bardzo schludnie: bioodpady zamienią się w energię, ciepło i nawóz. Miasto zyska nowoczesny system, a środowisko odetchnie. Tyle że w tle zostaje prawie 100 mln zł długu. I słowo „preferencyjna”, które po zderzeniu z oprocentowaniem 5,05 proc. brzmi już mniej jak przywilej, a bardziej jak urzędowy eufemizm.
Mieszkańcy zasługują na pełny rachunek
Gdy miasto chwali się inwestycją za setki milionów, powinno od razu pokazać całą konstrukcję finansową. Nie tylko dotację, nie tylko piękne hasła, nie tylko megawatogodziny i gigadżule. Także odsetki, harmonogram spłat, ryzyko zmiennego oprocentowania i odpowiedź na najważniejsze pytanie: czy koszt obsługi długu wróci do mieszkańców.
Bo w tej historii najzabawniejsze – i jednocześnie najmniej zabawne – jest właśnie słowo „preferencyjna”. Dla urzędu brzmi dobrze. Dla mieszkańca może oznaczać coś zupełnie innego: pożyczkę, którą ktoś nazwie korzystną, ktoś wpisze w koszty spółki, a ktoś inny być może zobaczy później w rachunku.
Tak wyglądają miejskie cuda finansowe. Najpierw jest konferencja, potem komunikat, potem wielkie słowa o klimacie, a na końcu zwykły człowiek zadaje najprostsze pytanie: ile to naprawdę będzie kosztować?
I nagle robi się mniej zielono.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.

