Plan budowy biogazowni rolniczej między Czerninem a Górkami pod Sztumem wywołał wśród mieszkańców coś więcej niż zwykłe zaniepokojenie. W auli szkoły w Czerninie padły ostre pytania, pojawiły się nerwy i wyraźny sygnał: ludzie nie chcą tej inwestycji pod swoimi oknami. Inwestor przekonywał o nowoczesnej technologii i korzyściach dla gminy. Sala odpowiedziała po swojemu – niedowierzaniem.
Spotkanie szybko zrobiło się gorące
Czwartkowe spotkanie zorganizowała firma PAD RES, która planuje postawić biogazownię na terenie obecnej farmy fotowoltaicznej, na działce 178/18 w obrębie Barlewice. Na miejscu pojawili się mieszkańcy Czernina, Górek, Cygus, Mleczewa i Sztumu, a także burmistrz Bartosz Mazerski, wiceburmistrz Adam Kaszubski, radni i sołtysi.
Już na starcie było napięcie. Część mieszkańców zwracała uwagę, że spotkanie miało być wcześniej zapowiadane jako zebranie sołeckie, tymczasem organizatorem była prywatna firma zainteresowana inwestycją. Dla wielu osób to nie był szczegół techniczny, tylko pierwszy sygnał, że sprawa nie została poprowadzona tak przejrzyście, jak powinna.
A potem padły liczby.
Jak podaje portal nowysztum.pl planowana instalacja ma mieć moc 3 MW. Obiekty mogą sięgać 16 metrów wysokości. Rocznie biogazownia miałaby przerabiać około 90 tys. ton wsadu, głównie biomasę kukurydzianą oraz odpady z przemysłu spożywczego. Inwestor mówił też o około 18 ciężarówkach dziennie, pięciu miejscach pracy, wpływach podatkowych dla gminy, wsparciu dla sołectwa i tańszej energii dla mieszkańców Czernina. Brzmiało konkretnie. Tyle że ludzie na sali najwyraźniej nie kupili tej opowieści.
Obietnice nie uspokoiły mieszkańców
Największe emocje wywołały zapewnienia, że technologia będzie nowoczesna, a sama instalacja praktycznie bezodorowa. Mieszkańcy szybko odpowiedzieli ironią: skoro biogazownia jest tak bezpieczna i nieuciążliwa, to może postawić ją bliżej domów tych, którzy ją popierają. Padła nawet sugestia, by rozważyć lokalizację w sztumskiej strefie ekonomicznej.
To był moment, w którym widać było, że spór nie dotyczy tylko jednej działki. Chodzi o zaufanie. A właściwie jego brak.
Mieszkańcy mówili o strachu przed fetorem, szczurami i ruchem ciężarówek na drogach, które – ich zdaniem – już teraz nie są przygotowane na kolejne transporty. W tle wracał temat ADM, czyli firmy, którą część lokalnej społeczności wskazuje jako przykład uciążliwego sąsiedztwa. Hałas, zapachy, ciężarówki. Ludzie pamiętają takie rzeczy długo.
Dodatkowo przedstawiciele inwestora mieli przyznać, że uciążliwości zapachowe mogą się zdarzać. Dla mieszkańców to wystarczyło, by wcześniejsze zapewnienia o „praktycznie bezwonnym” działaniu instalacji straciły sporą część wiarygodności.
Gdzie byli mieszkańcy?
Najmocniejszy zarzut wobec władz dotyczył informacji. Według relacji ze spotkania dokumenty w sprawie inwestycji trafiły do urzędu już w styczniu, a radni mieli znać temat w lutym. Mieszkańcy twierdzili jednak, że dowiedzieli się o planach dopiero trzy tygodnie przed spotkaniem, głównie dzięki ludziom z Mleczewa i informacjom krążącym w internecie.
Burmistrz zapewniał, że jest po stronie mieszkańców i chce ich wysłuchać. Tyle że kiedy padło pytanie, czy zablokuje inwestycję nawet przy pozytywnej decyzji środowiskowej, odpowiedź nie była jednoznaczna. Burmistrz wskazywał, że wszystko pokaże procedura środowiskowa.
Na sali odebrano to chłodno. Pojawiły się nawet głosy o referendum i odwołaniu rady. Mocne słowa, ale w takich momentach ludzie mówią wprost. Zwłaszcza gdy czują, że decyzje mogą zapaść ponad ich głowami.
Jedna z mieszkanek ujęła to bardzo prosto: inwestor dziś jest, jutro może go nie być, a mieszkańcy zostaną. Z domami, dziećmi, wnukami i planami na życie. To chyba najbardziej ludzki fragment całej tej historii. Bo dla jednych to projekt, dla drugich codzienność za płotem.
Czytaj też: Biogazownia na Olszynce. Mieszkańcy Gdańska kontra inwestor [NAGRANIE]
Korzyści kontra codzienne obawy
Z perspektywy inwestora sprawa wygląda jak typowa inwestycja w zieloną energię: moc 3 MW, przetwarzanie biomasy, podatki dla gminy, kilka miejsc pracy, możliwe tańsze ciepło i prąd. Takie argumenty na papierze wyglądają dobrze.
Ale mieszkaniec, który kupił pompę ciepła, zainwestował pieniądze w dom i liczył na spokojne życie, patrzy inaczej. On nie myśli o tabelce w prezentacji. Myśli o tym, czy latem będzie mógł otworzyć okno. Czy droga przed domem wytrzyma kolejne ciężarówki. Czy wartość jego nieruchomości nie spadnie. Czy dzieci będą dorastały w miejscu, które nadal da się nazwać spokojnym.
I trudno się dziwić, że pięć miejsc pracy nie brzmi dla takich ludzi jak argument rozstrzygający.
Radni wyszli, niesmak został – mieszkańcy Sztumu rozczarowani
Wraz z narastającą temperaturą dyskusji część radnych zaczęła opuszczać salę przed końcem spotkania. Mieszkańcy to zauważyli. I zapamiętali.
W lokalnych sprawach takie gesty ważą więcej, niż może się wydawać. Bo kiedy sala jest pełna zdenerwowanych ludzi, wyjście przed końcem nie wygląda jak neutralna decyzja organizacyjna. Wygląda jak odwrócenie się plecami. Nawet jeśli ktoś miał inny powód.
Czytaj też: Wypadek w Bukowie pod Sztumem. Nie żyje kierowca busa
mn/nowysztum.pl
