W sieci zawrzało po opublikowaniu zdjęcia fragmentu umowy zlecenia, która – według internautów – ma nosić znamiona wyrafinowanego wyzysku. Sprawa wypłynęła na jednym z lokalnych forów na Facebooku. Dokument dotyczy zatrudnienia w charakterze ulicznego sprzedawcy świec, opłatków i sianka, a jego zapisy wywołały burzę i lawinę komentarzy. Młoda kobieta, która jako pierwsza nagłośniła sprawę, przyznała, że prawie podpisała wszystko bez czytania – jak twierdzi, „na szczęście coś ją tknęło”.
Trzy szybkie fakty:
– Wynagrodzenie podstawowe można otrzymać wyłącznie po spełnieniu dziennego progu sprzedaży za 300 zł.
– Napiwki w gotówce są… przekazywane na cele charytatywne, wskazane przez pracodawcę.
– Za sprzedaż jednej świecy sprzedawca otrzymuje zaledwie 1,50 zł brutto.
Stawka godzinowa? Tylko jeśli osiągniesz sprzedaż
Zdjęcie kontrowersyjnej umowy pojawiło się w mediach społecznościowych i szybko zdobyło popularność. Dotyczy zatrudnienia przy sprzedaży ulicznej, najpewniej przedświątecznej – w asortymencie znalazły się m.in. świece zapachowe, opłatki i sianko. Dokument informuje, że zleceniobiorcy przysługuje 30,50 zł brutto za godzinę pracy. Jednak tylko wtedy, gdy osiągnie sprzedaż na poziomie co najmniej 300 zł dziennie.
W innym przypadku otrzyma „wynagrodzenie w wysokości jednej godziny pracy za daną zmianę” – niezależnie od tego, czy pracował dwie, cztery, czy osiem godzin. Internauci komentujący sprawę nazwali ten zapis wprost: „półlegalny wyzysk”.
W dokumencie podano też prowizje za sprzedany towar:
– 1,50 zł brutto za świecę,
– 0,85 zł za zestaw opłatków,
– 0,50 zł za zestaw sianka.
Aby „wyrobić normę” i otrzymać pełne wynagrodzenie, sprzedawca musiałby sprzedać kilkadziesiąt produktów dziennie.
Umowa zlecenie, akord czy łamanie prawa?
Umowa może być sprzeczna z ustawą z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę. Artykuł 2 ust. 5 tej ustawy jasno określa, że osobie pracującej na podstawie umowy zlecenia przysługuje minimalna stawka godzinowa – niezależnie od efektów pracy.
Tymczasem w przedstawionej umowie ta stawka jest niejako „uzależniona” od wyników sprzedażowych. Jeśli nie uda się sprzedać za 300 zł, pracownik dostaje pieniądze tylko za jedną godzinę, nawet jeśli pracował cały dzień.
To nie jest legalne. Pracodawca nie może obchodzić przepisów, ustalając absurdalne normy sprzedaży.
Napiwki nie dla pracownika i wypłata po zakończeniu akcji
Dodatkową kontrowersją są zapisy dotyczące napiwków. Według umowy mogą być one:
– wydawane klientom w formie towaru (!),
– lub przekazywane na cel charytatywny wskazany przez zleceniodawcę.
Zapis ten budzi zdumienie, bo napiwki są co do zasady formą dobrowolnej gratyfikacji dla osoby wykonującej usługę – nie zaś dla firmy. Przekazanie ich bezpośrednio „na cele charytatywne” budzi uzasadnione wątpliwości, zwłaszcza gdy brakuje jakiejkolwiek transparentności w ich rozliczaniu.
Wypłata za pracę ma nastąpić dopiero po zakończeniu całej akcji sprzedażowej. Jeśli trwa ona np. trzy tygodnie – zleceniobiorca przez ten czas nie otrzymuje żadnych pieniędzy. W połączeniu z niepewnym wynagrodzeniem i brakiem gwarancji kwoty minimalnej, taka forma zatrudnienia może być szczególnie niebezpieczna dla młodych osób.
Czytaj więcej: Praca na Jarmarku Bożonarodzeniowym w Gdańsku. „Ręce miałam lodowate”
Państwowa Inspekcja Pracy może zareagować
Zgodnie z obowiązującym prawem, minimalna stawka godzinowa dla umów zlecenia w 2025 roku wynosi 30,50 zł brutto. Nie ma znaczenia, czy osoba sprzedaje świece, myje okna, czy roznosi ulotki – jeśli wykonuje usługę osobiście i w określonym czasie, to musi otrzymać wynagrodzenie nie niższe niż ta kwota.
Pracodawcy nie mogą uzależniać zapłaty od warunków typu „musisz sprzedać za X zł”, jeśli zleceniobiorca realnie przepracował określony czas. Takie działanie może zostać potraktowane jako obejście prawa i grozić konsekwencjami w przypadku kontroli PIP.
Zobacz też: Gigantyczne oszustwo telekomunikacyjne. Ogromne straty operatorów
mn






