Patryk Słowik z Kanału Zero ujawnił sprawę, która może mocno uderzyć w zaufanie do publicznej ochrony zdrowia. Chodzi o Warszawski Szpital Południowy i zarzuty dotyczące specjalnego traktowania polityków Koalicji Obywatelskiej oraz ich rodzin. Według ustaleń dziennikarza, gdy zwykli pacjenci czekali godzinami, osoby z politycznego kręgu miały trafiać na szybką ścieżkę badań. Brzmi jak opowieść z prywatnej kliniki. Tyle że mowa o publicznym szpitalu.
Politycy bez kolejki? Specjalna ścieżka zdrowia
Z materiału Patryka Słowika wynika, że na SOR-ze Warszawskiego Szpitala Południowego miała działać nieformalna ścieżka dla osób powiązanych z Koalicją Obywatelską. Nie chodzi wyłącznie o szybsze przyjęcie, ale także o pakiety badań wykonywane w bardzo krótkim czasie oraz możliwość czekania poza ogólną poczekalnią.
Według relacji przedstawionych przez Kanał Zero zwykli pacjenci mieli czekać na pomoc nawet 4-5 godzin. W tym samym czasie politycy lub osoby z ich rodzin mieli być obsługiwani po kilkunastu minutach od rejestracji.
To właśnie ten kontrast jest tu najbardziej uderzający. Bo każdy, kto choć raz siedział na SOR-ze z bólem, gorączką albo starszym rodzicem pod rękę, wie, jak wygląda takie czekanie. Minuty dłużą się wtedy okropnie. A tutaj mowa o sytuacji, w której jedni mieli czekać normalnie, a inni – według ustaleń – wchodzili niemal od razu.
Pokój dla VIP-ów
Słowik opisuje także pomieszczenie, które miało pełnić funkcję swoistego saloniku dla politycznych VIP-ów. Zamiast publicznej poczekalni, z hałasem, stresem i ludźmi czekającymi na pomoc, wybrani pacjenci mieli przebywać w osobnym pokoju. Z kanapą, fotelami i telewizorem.
Formalnie pomieszczenie miało należeć do przyszpitalnego Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa. Pytanie jest więc proste: czy zwykły pacjent również mógł tam trafić? Czy matka z dzieckiem, emeryt z dusznością albo człowiek po urazie kolana też mógł czekać w wygodniejszym miejscu?
Według materiału Zero.pl szpital nie odpowiedział konkretnie na pytania w tej sprawie. Placówka miała natomiast przypomnieć, że nieuprawnione pozyskiwanie i ujawnianie informacji o zdrowiu pacjentów może naruszać prawo.
Badania w ekspresowym tempie
W ustaleniach pojawiają się konkretne przypadki. Jedna z wpływowych osób związanych z warszawskimi strukturami KO miała trafić na SOR z rozpoznaniem obejmującym złe samopoczucie i zmęczenie. Według dokumentacji opisywanej przez Słowika badania zlecono po kilkunastu minutach, a było ich bardzo dużo.
Inna sprawa dotyczy polityka KO, obecnie pełniącego ważną funkcję państwową. Miał on zgłosić się z urazem kolana. Według tekstu w ciągu godziny i 7 minut wykonano badania potrzebne do postawienia diagnozy na tyle, na ile było to możliwe. Autor wskazuje, że prywatnie taki pakiet mógłby kosztować od 600 do 800 zł.
Kolejny opisany przypadek dotyczył osoby z objawami typowej infekcji. Od przyjęcia do zlecenia badań miało minąć 16 minut. Pracownik szpitala cytowany w materiale twierdził, że w tym czasie inni pacjenci musieli czekać kilka godzin.
Rodziny też miały korzystać
Według ustaleń Kanału Zero specjalne traktowanie nie miało obejmować wyłącznie samych polityków. Pomoc miały dostawać także osoby z ich rodzin. W jednym z przypadków bliska osoba znanego polityka KO miała przejść w szpitalu kolonoskopię, gastroskopię oraz tomografię jamy brzusznej. Wszystko w ciągu niespełna 4 godzin od przyjęcia.
Dla zwykłego pacjenta brzmi to jak zupełnie inna rzeczywistość. Na podobne badania, gdy nie ma bezpośredniego zagrożenia życia, często czeka się tygodniami, a czasem miesiącami. I właśnie dlatego te ustalenia są tak mocne. Pokazują nie tylko możliwy problem organizacyjny, ale przede wszystkim problem równości wobec systemu.
Bo publiczna służba zdrowia nie może działać według zasady: jeden czeka, drugi ma znajomości.
Zobacz: NFZ ukarał szpital po zabiegu syna senatora KO. Placówka musi zapłacić 134 tys. zł
W tle Dawid Kacprzyk
W materiale pojawia się nazwisko Dawida Kacprzyka, koordynatora SOR-u i byłego szefa młodzieżówki wspierającej Koalicję Obywatelską. Według ustaleń Zero.pl to właśnie wokół niego miała funkcjonować opisywana sieć zależności.
To nie pierwszy raz, gdy jego nazwisko pojawia się w kontekście Szpitala Południowego. Wcześniej informowano, że w 2025 r. miał zarobić 1,6 mln zł i przepracowywać średnio 331 godzin miesięcznie. Statystycznie dawałoby to 11 godzin dziennie, przez 365 dni w roku. Do tego dochodziła praca w innych placówkach medycznych oraz aktywność samorządowa.
Po wcześniejszych publikacjach Kacprzyk zrezygnował z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej. Na pytania dotyczące najnowszych ustaleń miał nie odpowiedzieć.
Czytaj też: Senator Tomasz Lenz wykluczony z Koalicji Obywatelskiej
NFZ dostał nazwiska
Kanał Zero nie opublikował nazwisk polityków i członków ich rodzin, powołując się na prawo do prywatności w sprawach zdrowotnych. Jednocześnie redakcja miała przekazać Narodowemu Funduszowi Zdrowia dane osób, których przypadki uznała za szczególnie bulwersujące.
To teraz NFZ może sprawdzić, czy w miejskim szpitalu faktycznie powstał system dwóch prędkości. Jeden dla zwykłych ludzi. Drugi dla tych, którzy mają odpowiednie kontakty.
Warszawski Szpital Południowy jest placówką miejską. 100 proc. udziałów ma miasto stołeczne Warszawa. W radzie nadzorczej zasiadają osoby związane z warszawskim samorządem, a szpital pozostaje ważną częścią publicznego systemu ochrony zdrowia w stolicy.
I właśnie dlatego ta sprawa nie powinna rozejść się po kościach. Jeśli ustalenia Patryka Słowika się potwierdzą, będziemy mieli do czynienia nie z drobną niezręcznością, ale z sytuacją, w której partyjna bliskość mogła dawać przewagę nad chorymi ludźmi czekającymi w kolejce.
mn

