Władze Gdańska odpowiedziały na interpelację radnych w sprawie ukraińskich flag na miejskich budynkach. I odpowiedź jest jasna: flagi nie zostaną zdjęte. Magistrat przyznaje, że decyzja władz Ukrainy o uhonorowaniu jednostki wojskowej nazwą „Bohaterów UPA” budzi sprzeciw, ale nie zamierza przekładać tego na gest w przestrzeni publicznej. Spór więc nie gaśnie.
Miasto mówi wprost
Po serii interpelacji dotyczących usunięcia ukraińskich flag i symboli z obiektów należących do Gdańska przyszła odpowiedź władz miasta. Najważniejsze zdanie pada już przy pierwszym punkcie.
Władze Miasta Gdańska nie planują usunięcia ukraińskich flag z gdańskich instytucji publicznych – czytamy w piśmie podpisanym z upoważnienia prezydent miasta.
To koniec spekulacji, przynajmniej na poziomie oficjalnym. Aleksandra Dulkiewicz i jej urzędnicy uznają, że obecność ukraińskich barw w przestrzeni publicznej ma „jednoznaczny kontekst geopolityczny” i powinna być oddzielona od bieżących sporów o politykę historyczną elit w Kijowie.
Dalej pada argument, który będzie zapewne szeroko komentowany. Według miasta flaga Ukrainy, wywieszona obok flagi polskiej i gdańskiej, jest „symbolem solidarności z narodem ukraińskim walczącym w okopach z brutalnym rosyjskim najeźdźcą”.
Mocne słowa. Tyle że sprawa nie dotyczy już tylko wojny z Rosją.
Radni chcieli zdjęcia flag
Przypomnijmy kontekst. Radni PiS Barbara Imianowska, Przemysław Majewski i Andrzej Skiba skierowali do prezydent Gdańska interpelację w sprawie reakcji władz miasta na decyzję Wołodymyra Zełenskiego. Swoje interpelacji złożyli też radni Aleksander Jankowski, Piotr Gierszewski, Tomasz Rakowski, Kazimierz Koralewski.
Chodziło o nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”. W piśmie pytali, czy Gdańsk zamierza zdjąć ukraińskie flagi z publicznych instytucji, szczególnie z budynków Urzędu Miejskiego i Rady Miasta Gdańska.
Radni pisali wprost: „domagamy się zdjęcia flag Ukrainy z urzędów”. Ich zdaniem odpowiedź władz Gdańska powinna być „zauważalna dla decydentów w Kijowie”, bo – jak podkreślali – „symbole w polityce też są ważne”.
W interpelacji przypomniano także, że w pierwszych tygodniach pełnoskalowej rosyjskiej inwazji ukraińskie flagi pojawiły się m.in. przy urzędach publicznych oraz na pojazdach komunikacji miejskiej. Wtedy były, jak wskazali radni, „ważnymi symbolami polskiej solidarności”. Ale po latach wojny, napięciach politycznych i sporach historycznych ich znaczenie dla części mieszkańców zaczęło się zmieniać.
I trudno udawać, że tego nie ma.

„Głęboki sprzeciw i rozczarowanie”
Władze Gdańska nie bronią samej decyzji Zełenskiego. Przeciwnie. W odpowiedzi na interpelację zapisano, że decyzja władz w Kijowie o nadaniu jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA” budzi „głęboki sprzeciw i rozczarowanie”. Magistrat przyznaje też, że podobnie jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych i najwyższe władze państwowe, uważa budowanie współczesnej tożsamości Ukrainy w oparciu o formacje odpowiedzialne za masowe zbrodnie na ludności cywilnej za błąd, który rani pamięć ofiar.
To ważne, bo miasto nie próbuje mówić, że nic się nie stało. Nie próbuje też chować Wołynia pod dywan. W piśmie pojawia się wyraźne stwierdzenie, że tragiczne karty relacji polsko-ukraińskich, ze szczególnym uwzględnieniem Zbrodni Wołyńskiej, są dla tożsamości Gdańska i jego mieszkańców „kwestią fundamentalną i bezdyskusyjną”.
Władze przypominają, że Gdańsk po wojnie stał się domem dla wielu rodzin, których przodkowie ocaleli z mordów dokonanych przez OUN-UPA. Piszą też, że pamięć o blisko 100 tys. pomordowanych Polaków jest w mieście żywa i kultywowana, m.in. podczas corocznych obchodów przy Pomniku Pamięci Ofiar Eksterminacji Ludności Polskiej na Wołyniu.
Brzmi poważnie. Ale potem przychodzi decyzja: flagi zostają.
Rosja jako argument
Najmocniejszy politycznie fragment odpowiedzi dotyczy geopolityki. Magistrat przekonuje, że zdjęcie flag w obecnej sytuacji byłoby błędem. W piśmie czytamy, że „ostentacyjne usuwanie flag narodu walczącego o przetrwanie byłoby gestem osłabiającym jedność wolnego świata”.
Dalej pada jeszcze ostrzejsza teza. Z ewentualnego kryzysu między Warszawą a Kijowem „ucieszyłaby się w Europie wyłącznie jedna siła – Federacja Rosyjska”.
To klasyczny argument obozu, który mówi: nawet jeśli Ukraina popełnia błędy, nawet jeśli rani polską pamięć historyczną, to nie wolno robić gestów mogących osłabić wspólny front przeciwko Rosji.
Tyle że dla potomków ofiar Wołynia taki argument może brzmieć zbyt wygodnie. Bo zwykły człowiek pyta prościej: skoro miasto samo przyznaje, że decyzja Zełenskiego rani pamięć ofiar, to dlaczego jednocześnie utrzymuje symbole państwa, którego prezydent tę decyzję podjął?
I tu zaczyna się cały spór.
Druga interpelacja i mocniejsze słowa
To nie była jedyna interpelacja. Do prezydent Gdańska zwrócili się także radni Aleksander Jankowski, Piotr Gierszewski, Tomasz Rakowski i Kazimierz Koralewski. Ich pismo dotyczyło „usunięcia flag i innych symboli ukraińskich z obiektów należących do miasta Gdańska”.
Radni napisali, że decyzja Zełenskiego stoi w sprzeczności z polską polityką historyczną dotyczącą ludobójstwa dokonanego przez UPA na obywatelach polskich. Przywołali też uchwałę Sejmu z 5 czerwca 2025 roku, ustanawiającą 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II RP.
W tym piśmie ton był jeszcze ostrzejszy. Radni domagali się „natychmiastowego usunięcia symboli państwa”, którego prezydent – jak napisali – gloryfikuje organizację odpowiedzialną za wymordowanie ponad 100 tys. Polaków. Zaapelowali, by flagi i symbole państwa ukraińskiego zniknęły z przestrzeni publicznej Gdańska do momentu wycofania się Zełenskiego z tej decyzji.
Wystawa w Odessie? Miasto ostrożne
Radni pytali również o możliwość przygotowania wystawy dotyczącej ludobójstwa dokonanego na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów, w tym UPA. Proponowali, by ekspozycja mogła zostać pokazana w Odessie, partnerskim mieście Gdańska.
Miasto odpowiedziało ostrożnie. Deklaruje, że od lat współpracuje z Instytutem Pamięci Narodowej przy projektach upamiętniających polską historię i jest otwarte na kolejne inicjatywy edukacyjne. Ale jednocześnie zastrzega, że Odessa znajduje się dziś w warunkach wojennych i podlega rosyjskim ostrzałom. Narzucanie jej gotowej wystawy, jak wskazano w odpowiedzi, mogłoby przynieść skutek odwrotny od zamierzonego.
Według miasta dialog o historii powinien być prowadzony na poziomie eksperckim i instytucjonalnym, nie w formie „jednostronnych manifestacji politycznych”, które mogłyby zostać wykorzystane przez rosyjską propagandę.
To brzmi dyplomatycznie. Może nawet zbyt dyplomatycznie, jak na temat, w którym chodzi o wymordowane rodziny i niepochowane ofiary.
Kijów, nagroda i pytanie o pamięć
Radni pytali też Aleksandrę Dulkiewicz, jak ocenia decyzję Zełenskiego jako osoba, która krótko przed jej upublicznieniem była w Kijowie i odbierała wyróżnienie dla Gdańska. W odpowiedzi magistrat podkreślił, że ta wizyta miała na celu odebranie wyróżnienia dla mieszkanek i mieszkańców Gdańska za ich pomoc uchodźcom w pierwszych dniach wojny.
To wyróżnienie dla gdańszczan, a nie dla ukraińskiej polityki historycznej – wskazano w piśmie.
Na końcu odpowiedzi pojawia się próba pogodzenia dwóch stanowisk. Gdańsk deklaruje bezwarunkowe wspieranie Ukrainy w obronie przed rosyjskim agresorem, ale równocześnie zapowiada domaganie się od strony ukraińskiej pełnego szacunku dla polskiej historii, zgody na ekshumacje i godne upamiętnienie ofiar Wołynia.
I właśnie w tym miejscu władze miasta stawiają swoją tezę: usunięcie flag byłoby „kapitulacją dyplomatyczną”, a ich obecność przy jednoczesnym artykułowaniu polskiej racji historycznej ma być wyrazem „siły i podmiotowości Gdańska na arenie międzynarodowej”.
Dużo wielkich słów. A na masztach bez zmian.
Spór nie zniknie
W praktyce mieszkańcy dostali odpowiedź: ukraińskie flagi zostają. Miasto potępia decyzję Zełenskiego, przyznaje, że UPA jest dla Polaków tematem bolesnym i fundamentalnym, ale uznaje, że zdjęcie flag byłoby politycznie szkodliwe.
Dla władz Gdańska to próba utrzymania równowagi. Dla krytyków – unik. Dla rodzin kresowych – być może kolejny sygnał, że ich pamięć znów przegrywa z bieżącą dyplomacją.
I tu nie chodzi o brak współczucia wobec Ukraińców uciekających przed wojną. W pierwszych miesiącach po 24 lutego 2022 roku wielu gdańszczan pomagało z odruchu serca. Dawali mieszkania, rzeczy, czas, pieniądze. Często bez kamer. Po prostu.
Ale pomoc sąsiadowi nie musi oznaczać zgody na politykę historyczną Kijowa. I coraz więcej osób będzie o to pytać.
Gdańsk odpowiedział. Flagi zostają. Teraz pytanie, czy ta odpowiedź zakończy sprawę, czy jeszcze bardziej ją rozgrzeje.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.

