Konferencja odbudowy Ukrainy w Gdańsku miała być pokazem politycznej sprawczości rządu. Zamiast tego już na starcie pojawił się zgrzyt, którego nie da się łatwo przykryć dyplomatycznym językiem. Prezydent RP Karol Nawrocki nie dostał zaproszenia, a do Gdańska wybiera się kanclerz Niemiec Friedrich Merz. To niby tylko protokół. Ale polityka często zaczyna się właśnie od takich „drobiazgów”.
Rząd bierze konferencję na siebie
Za organizacją wydarzenia stoi polski rząd. I to jest kluczowe, bo tłumaczy, dlaczego Pałac Prezydencki został odsunięty od całej sprawy. Oficjalnie Ukraine Recovery Conference 2026 odbędzie się 25-26 czerwca w Gdańsku, a wydarzenie ma być współorganizowane przez Polskę i Ukrainę. Ma dotyczyć odbudowy Ukrainy, inwestycji, energetyki, infrastruktury krytycznej i logistyki. Brzmi technicznie, ale każdy widzi, że chodzi też o wpływy, kontrakty i polityczne miejsce przy stole.
W takim układzie brak zaproszenia dla prezydenta RP nie jest neutralny. Prezydencki minister Marcin Przydacz przekazał, że Karol Nawrocki nie otrzymał zaproszenia na konferencję, więc nie wybiera się na wydarzenie. To proste zdanie, ale niesie spory ciężar. Zwłaszcza że mówimy o konferencji odbywającej się w Polsce, w dużym polskim mieście, z udziałem zagranicznych liderów.
Rząd tłumaczy, że wynika to z formuły wydarzenia. Innymi słowy: skoro konferencję prowadzi rząd, to rząd decyduje, kogo zaprasza i kto reprezentuje państwo. Tylko że dla zwykłego obywatela taka odpowiedź może być średnio przekonująca. Polska to nie jest prywatna sala spotkań jednej ekipy politycznej.
Merz będzie, Nawrockiego nie będzie
Najbardziej rzuca się w oczy kontrast. Prezydent RP zaproszenia nie dostał, ale kanclerz Niemiec Friedrich Merz ma przyjechać do Gdańska. Według informacji podawanych przez media, udział szefa niemieckiego rządu został potwierdzony przez urząd kanclerski. Niemcy mają być więc reprezentowane na najwyższym szczeblu.
To nie jest wyłącznie kurtuazja. Berlin dobrze rozumie, że odbudowa Ukrainy będzie jednym z największych projektów polityczno-gospodarczych w Europie. Kto znajdzie się przy stole, ten będzie miał wpływ na kierunki pomocy, inwestycji i przyszłych kontraktów. A mowa o sektorach, które dla ludzi oznaczają bardzo konkretne rzeczy: prąd, drogi, kolej, porty, miejsca pracy, ceny usług. Nie tylko wielka mapa i flagi na konferencyjnej ściance.
I tu pojawia się pytanie: skoro w Gdańsku ma być Merz, skoro wydarzenie ma rangę międzynarodową, to dlaczego prezydent RP został pominięty? Można oczywiście powtarzać formułkę o kompetencjach rządu. Tyle że politycznie wygląda to tak, jakby rząd chciał trzymać całość pod własną kontrolą. Bez Pałacu Prezydenckiego. Bez wspólnego frontu.
Zobacz też: Prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego
Niemcy widzą napięcie
Niemieckie media i komentatorzy dużo uwagi poświęcają napięciu między prezydentami Polski i Ukrainy. W tle jest sprawa Orderu Orła Białego: odebrania odznaczenia przez Karola Nawrockiego i zwrotu orderu przez Wołodymyra Zełenskiego. Ten gest nie zakończył sporu. Raczej pokazał, jak głębokie są emocje po obu stronach.
Zagraniczne media opisują konflikt jako element szerszego sporu o pamięć historyczną, w tym o ocenę UPA i dramatyczne doświadczenia Polaków z Wołynia. Wskazują też, że napięcie pojawia się tuż przed konferencją w Gdańsku, która miała wzmacniać współpracę i mobilizować wsparcie dla Ukrainy.
To dość niewygodne dla rządu. Z jednej strony chce pokazać Polskę jako ważnego gospodarza rozmów o Ukrainie. Z drugiej – nie potrafi albo nie chce włączyć w to prezydenta RP, z którym Kijów jest dziś w ostrym sporze. Efekt? Zamiast obrazu państwowej jedności mamy polityczny cień nad całą konferencją.
Berlin przed Gdańskiem
Dzień przed konferencją sytuacja na Ukrainie ma być tematem spotkania Grupy E5 w Berlinie. Do Niemiec mają przyjechać premier Donald Tusk, prezydent Francji oraz szefowie rządów Włoch i Wielkiej Brytanii. Według przekazanych informacji niemiecki rząd zapewnia, że spotkanie dojdzie do skutku, a Friedrich Merz dzień później zamierza lecieć do Gdańska.
To pokazuje, że Niemcy grają szerzej. Najpierw rozmowy w węższym gronie największych europejskich państw, potem konferencja w Polsce. Kanclerz Merz chce być tam, gdzie zapadają decyzje albo przynajmniej gdzie ustawia się przyszłe interesy. Normalne. Państwa tak działają.
Problem w tym, że Polska przy tej okazji sama pokazuje własne wewnętrzne pęknięcie. Premier uczestniczy w formacie E5, rząd organizuje konferencję, zagraniczni liderzy przyjeżdżają do Gdańska, a prezydent RP zostaje bez zaproszenia. Trudno to sprzedać jako obraz sprawnego państwa. Raczej jako kolejny odcinek wojny kompetencyjnej.
Czytaj również: Utrudnienia w ruchu podczas konferencji o odbudowie Ukrainy
Zwykły człowiek widzi prosty obraz
Dla wielu Polaków ta sprawa nie będzie analizą protokołu dyplomatycznego. Będzie prostsza. Jest konferencja w Polsce. Jest Ukraina. Jest kanclerz Niemiec. Jest premier. A prezydenta RP nie ma, bo nie dostał zaproszenia.
I można się spierać, czy to błąd, celowy ruch, czy tylko konsekwencja formuły wydarzenia. Ale polityczne wrażenie już poszło w świat. Rząd przejął organizację i odpowiedzialność za konferencję, natomiast Pałac Prezydencki znalazł się poza układem. W sprawie tak delikatnej jak relacje z Ukrainą, pamięć historyczna i przyszłe interesy gospodarcze to nie jest detal.
Bo zwykły człowiek może nie śledzić każdego komunikatu rządowego. Może nie znać wszystkich formatów: E5, URC, delegacje, segmenty otwierające. Ale rozumie jedno: jeśli państwo mówi jednym głosem, to jego najważniejsi przedstawiciele przynajmniej nie udają, że się nie widzą.
Tutaj tego nie ma. Jest konferencja, są wielkie ambicje, są Niemcy w pierwszym rzędzie. I jest polski prezydent pominięty w Gdańsku.
mn

