Miała być debata o stanie miasta. Taka, w której mieszkańcy mogą powiedzieć władzy, co działa, a co tylko wygląda dobrze w urzędowych prezentacjach. Według inicjatywy Kocham Gdańsk podczas sesji absolutoryjnej w Radzie Miasta Gdańska stało się jednak coś zupełnie innego. Zamiast szerokiej rozmowy z gdańszczanami miała powstać lista ograniczona do ustawowego minimum, a większość miejsc przy mikrofonie zajęły osoby związane z Koalicją Obywatelską.
Sesja pod lupą
Sprawa dotyczy debaty nad raportem o stanie miasta, która odbyła się przy okazji sesji absolutoryjnej 18 czerwca 2026 r. Przedstawiciele Kocham Gdańsk, Tomasz Jezierski i Paweł Zarzycki, przedstawili swoje zarzuty 23 czerwca podczas konferencji prasowej przed budynkiem Rady Miasta Gdańska.
Najmocniejsza liczba? 8 z 15.
Według inicjatywy do głosu dopuszczono tylko 15 mieszkańców, czyli ustawowe minimum. Spośród nich 8 osób miało być członkami Koalicji Obywatelskiej. To ponad 53 proc. wszystkich występujących.
W imieniu mieszkańców Gdańska głos zabrało 15 osób – ustawowe minimum. I z tych 15 aż 8 to członkowie Koalicji Obywatelskiej, tej samej formacji, z której wywodzi się przewodnicząca Rady Miasta. Żaden z nich nie powiedział, że jest z partii – wszyscy występowali jako mieszkańcy – mówił Tomasz Jezierski z Kocham Gdańsk.
Formalnie każdy z nich miał prawo występować jako mieszkaniec. Tego nikt nie kwestionuje. Problem, jak twierdzi stowarzyszenie, jest gdzie indziej: w braku jawności i w tym, że zwykli mieszkańcy mieli zostać wypchnięci z kolejki przez polityczne zaplecze miejskiej większości.
Lista zamknięta na minimum
Kocham Gdańsk powołuje się na art. 28aa ustawy o samorządzie gminnym. Z przepisów wynika, że mieszkańcy są dopuszczani według kolejności zgłoszeń, a liczba mówców wynosi 15, chyba że rada postanowi ją zwiększyć.
I tu zaczyna się spór.
Według Pawła Zarzyckiego decyzja o zatrzymaniu listy na 15 osobach miała zostać zakomunikowana mieszkańcom jeszcze przed końcem terminu zgłoszeń. A więc w czasie, gdy ludzie mogli nadal zbierać podpisy, kompletować dokumenty i przygotowywać wystąpienia.
To nie była decyzja rady. To była decyzja przewodniczącej. Ustawa mówi jasno: liczbę mówców może zwiększyć rada, w drodze uchwały – a takiej uchwały nie podjęto. Co więcej, mieszkańcom mówiono, że nie wystąpią, jeszcze zanim upłynął termin zgłoszeń – stwierdził Zarzycki.
Dla urzędu może to być procedura. Dla mieszkańca – konkret. Ktoś zbiera podpisy, prosi sąsiadów o poparcie, bierze wolne w pracy albo układa dzień pod wystąpienie. A potem słyszy, że lista już właściwie zamknięta. I cała obywatelska energia idzie w próżnię. Tak to wygląda z chodnika, nie z gabinetu.
Kolejność, która budzi pytania
Najbardziej szczegółowe zarzuty dotyczą kolejności zgłoszeń. Według relacji Kocham Gdańsk 1 czerwca w sekretariacie Rady Miasta przedstawicielom inicjatywy podano, że zajmują miejsca od 11 do 16. Miało chodzić o następującą kolejność: Artur Szostak, Tomasz Jezierski, Paweł Zarzycki, Justyna Jaszak, Magdalena Stormowska i Filip Górski (dwie ostatnie osoby nie są z Kocham Gdańsk).
Relację tę – jak podkreślono – miały słyszeć cztery osoby.
Na ostatecznej liście miały się jednak pojawić nazwiska osób z Koalicji Obywatelskiej w miejscach, które według inicjatywy wymagają wyjaśnienia. Wskazano Bartłomieja Plewczyńskiego, Pawła Ramotowskiego i Filipa Borawskiego.
W sekretariacie, w obecności czterech osób, podano nam pozycje 11-16. A na ostatecznej liście pojawili się Plewczyński, Ramotowski i Borawski – wszyscy z Koalicji Obywatelskiej. Jedną pomyłkę można jeszcze wyjaśnić, ale 8 z 15 z jednej partii to już nie bałagan – to mechanizm – mówił Paweł Zarzycki.
Szczególne emocje wzbudził przypadek Filipa Borawskiego. Według informacji przedstawionych przez Kocham Gdańsk miał on zostać przesunięty na koniec listy po telefonicznej prośbie, bo rano miał egzamin.
Ustawa zna jedną zasadę kolejności: decyduje moment złożenia zgłoszenia. Nie zna telefonu do przewodniczącej ani egzaminu jako powodu, by przesunąć kogoś na koniec listy. A właśnie tak wytłumaczono nam przypadek Filipa Borawskiego – stwierdził Zarzycki.
Zobacz też: Gdańsk: tylko 15 mieszkańców wystąpi na sesji. Opozycja mówi o skandalu
Zdjęcia i polityczne tło
Inicjatywa pokazała też zdjęcia ze spotkań Koalicji Obywatelskiej z 27 marca i 3 czerwca 2026 r. Według Kocham Gdańsk widać na nich osoby, które potem występowały podczas sesji jako mieszkańcy. Na obu spotkaniach miała być obecna także przewodnicząca Rady Miasta Agnieszka Owczarczak.
To ważny element zarzutów. Nie chodzi tylko o sam fakt członkostwa w partii. Chodzi o obraz całej sytuacji: debata mieszkańców, minimum miejsc, większość dla ludzi z jednej formacji, brak informacji o partyjnej przynależności i wcześniejsze komunikowanie, że więcej osób głosu nie dostanie.
Problem nie polega na tym, że członek partii nie może być mieszkańcem. Problem polega na tym, że zwykłym mieszkańcom zamknięto listę, a większość miejsc przy mikrofonie zajęli ludzie z jednej partii. Zamiast debaty mieszkańców odbyło się partyjne spotkanie – powiedział Tomasz Jezierski.
Padło też zdanie, które w tej historii może zostać na dłużej. Paweł Zarzycki relacjonował, że w rozmowie z dyrektor Biura Rady Miasta Wiolettą Krewniak, przy pytaniu o niedopuszczonych mieszkańców, miały paść słowa: „kto by ich słuchał”.
Krótko mówiąc: niezręcznie. Bardzo.
Czytaj też: Protest przed Radą Miasta za wzmocnieniem roli rad dzielnic. Gorąca sesja absolutoryjna
Wotum zaufania pod znakiem zapytania
Kocham Gdańsk podnosi także szerszy problem. Debata nad raportem o stanie miasta poprzedza głosowanie nad wotum zaufania dla prezydent miasta. Jeśli więc debata została przeprowadzona w sposób wadliwy, pojawia się pytanie o jakość całej procedury.
Podczas sesji opozycja miała złożyć wniosek o dopuszczenie wszystkich zgłoszonych mieszkańców. Rządząca większość go odrzuciła. Zdaniem inicjatywy ten ruch i tak był spóźniony, bo część osób wcześniej mogła zrezygnować z udziału, skoro usłyszała, że nie zostanie dopuszczona.
Kocham Gdańsk formułuje cztery podstawowe zarzuty: jednoosobowe ograniczenie liczby mówców do 15, komunikowanie tej decyzji przed końcem terminu, zmiany w kolejności wystąpień oraz dopuszczenie do sytuacji, w której 8 z 15 mówców miało być członkami Koalicji Obywatelskiej.
Będą pisma do instytucji
Inicjatywa zapowiada skierowanie sprawy do Wojewody Pomorskiego, Rzecznika Praw Obywatelskich, radnych wszystkich klubów oraz władz Koalicji Obywatelskiej w regionie.
Domaga się ujawnienia pełnej listy zgłoszeń z datą i godziną wpływu, zabezpieczenia monitoringu z dnia składania dokumentów oraz wyjaśnienia, kiedy i na jakiej podstawie zapadła decyzja o ograniczeniu liczby wystąpień.
Gdańsk nie jest własnością Koalicji Obywatelskiej. Rada Miasta nie jest prywatnym klubem dyskusyjnym większości. Demokracja lokalna polega na tym, że władza ma obowiązek słuchać także tych mieszkańców, których słuchać nie chce – podsumował Tomasz Jezierski.
To zdanie dobrze zamyka całą sprawę. Bo niezależnie od politycznych sympatii, debata mieszkańców nie może wyglądać jak selekcja do mikrofonu. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o ocenę władzy. W takich momentach najwygodniej słucha się swoich. Ale sens samorządu zaczyna się właśnie tam, gdzie do głosu dopuszcza się także tych mniej wygodnych.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.




