Sąd Apelacyjny w Gdańsku zaostrzył wyrok wobec Tomasza K. 36-latek, skazany wcześniej na 26 lat więzienia, prawomocnie usłyszał karę dożywocia. Chodzi o zabójstwo żony Jolanty K. i próbę upozorowania jej śmierci na przejeździe kolejowym w Mezowie. Sąd nie miał wątpliwości: to nie był przypadek, wybuch złości ani dramatyczny zbieg okoliczności.
Wyrok surowszy niż w pierwszej instancji
Sprawa wróciła na wokandę po apelacjach prokuratury i rodziny zamordowanej kobiety. Obie strony domagały się kary dożywotniego więzienia. W poniedziałek Sąd Apelacyjny w Gdańsku przyznał im rację.
Poprzedni wyrok – 26 lat pozbawienia wolności – został zmieniony tylko w części dotyczącej kary łącznej. Resztę rozstrzygnięcia utrzymano w mocy. Oznacza to, że Tomasz K. prawomocnie odpowiada za zabójstwo, sprowadzenie katastrofy w ruchu lądowym oraz zniszczenie mienia.
Na sali nie było oskarżonego. Był za to wyrok, który kończy jeden z najbardziej poruszających procesów ostatnich miesięcy na Pomorzu.
Sąd: to był plan, nie impuls
W uzasadnieniu sędzia Leszek Mering podkreślił, że okoliczności zabójstwa zostały udowodnione i nie pozostawiają sądowi pola do łagodniejszej oceny. Zdaniem sądu Tomasz K. działał spokojnie, metodycznie i z premedytacją.
Nie chodziło o nagły wybuch emocji. Nie o chwilę, w której człowiek traci kontrolę. Według sądu oskarżony przygotował plan, a potem go wykonał. Miał pozorować swoją obecność w garażu – zostawił tam światło i telefon. Znał też rozkład jazdy pociągów, co miało znaczenie dla upozorowania wypadku.
Sąd zwrócił uwagę również na postawę samego Tomasza K. Jego wyjaśnienia były zmienne i – jak oceniono – dopasowywane do sytuacji procesowej. Innymi słowy: mówił tak, jak w danym momencie mogło mu to pomóc. Prosto i brutalnie.
Śmierć na przejeździe miała ukryć zbrodnię
Do tragedii doszło w styczniu 2024 r. Według aktu oskarżenia Tomasz K. zamordował 31-letnią żonę Jolantę, a następnie próbował upozorować jej śmierć w wypadku kolejowym w Mezowie na Kaszubach.
To właśnie ten element szczególnie obciążał oskarżonego. Sąd uznał, że działanie po zabójstwie było równie przemyślane jak sama zbrodnia. Nie było tu miejsca na wersję o chaosie, panice czy kilku proc. niepewności. Zdaniem sądu wszystko układało się w jeden ciąg: najpierw decyzja, potem wykonanie, potem próba ukrycia prawdy.
Motywem miał być rozpad małżeństwa. Tomasz K. nie potrafił się z tym pogodzić. Finałem była śmierć kobiety, a potem cierpienie rodziny, której żaden wyrok nie odda córki, siostry czy bliskiej osoby.
Czytaj też: Tragedia w Mezowie. 26 lat więzienia za zabicie żony
Zadośćuczynienie dla rodziny – Zbrodnia w Mezowie
Sąd utrzymał także obowiązek zapłaty zadośćuczynienia dla najbliższych Jolanty K. Danuta i Jerzy B. mają otrzymać po 150 tys. zł. Beata, Kacper, Jacek i Marek B. – po 100 tys. zł.
Sąd nie zostawił złudzeń co do oceny Tomasza K. W uzasadnieniu padły mocne słowa o demoralizacji, egoizmie i braku szacunku dla ludzkiego życia. Zdaniem sądu żadna inna kara poza dożywociem nie spełniłaby swojej funkcji. Chodzi nie tylko o odpłatę, ale też o ochronę społeczeństwa.
Rodzina chciała dożywocia
W grudniu sąd pierwszej instancji skazał Tomasza K. na 26 lat więzienia. Prokuratura i bliscy Jolanty K. uznali jednak, że to kara zbyt łagodna wobec skali czynu. Sąd apelacyjny podzielił tę ocenę.
W praktyce poniedziałkowy wyrok oznacza, że Tomasz K. spędzi w więzieniu resztę życia, chyba że w przyszłości spełni warunki przewidziane w przepisach dotyczących kary dożywocia. Dla rodziny zamordowanej kobiety to nie jest zwycięstwo w zwykłym sensie. Raczej koniec pewnego etapu. Ciężkiego, publicznego, pełnego szczegółów, których nikt bliski nie chciałby słuchać.
A jednak właśnie takie szczegóły przesądziły o wyroku.
Zobacz też: Ukradła mężowi BMW, bo nie dostała „kopert” po ślubie
mn
