Gdański Jarmark Bożonarodzeniowy zachwyca wyglądem i organizacją, ale relacja czytelnika pokazuje, że za efektowną fasadą kryją się problemy logistyczne, presja na przedsiębiorców i chaos związany z kubkami oraz sprzedażą różnych rodzajów grzanego wina.
Jarmark Bożonarodzeniowy w Gdańsku potrafi w jednej chwili wciągnąć człowieka w świąteczną atmosferę. Światła, dekoracje, muzyka i zapach korzennych przypraw tworzą widowisko, którego wielu turystów szuka o tej porze roku. Od pierwszych kroków czuć, że organizator, AmberExpo, podszedł do tegorocznej edycji bardzo poważnie. Całość wygląda spójnie, elegancko, z rozmachem, który wręcz trudno przeoczyć. Dla rodzin i osób szukających świątecznej magii to miejsce, gdzie łatwo zanurzyć się na dłużej. Warto też zauważyć, że prezes Andrzej Bojanowski od lat konsekwentnie rozwija markę jarmarku i w tym roku dopiął widowisko, które można bez wahania nazwać jedną z największych miejskich atrakcji sezonu.
Jednak im dłużej się tam stoi, im więcej rozmów się słyszy, im bardziej zagląda się za kulisy, tym szybciej pojawia się refleksja, że diabeł naprawdę tkwi w szczegółach. I to właśnie te szczegóły odsłonił w swojej relacji nasz anonimowy czytelnik, który zna jarmark od strony, którą widzą tylko wystawcy.

Koncesjonowane wino i jego tańszy odpowiednik
Według opowieści czytelnika miasto wybrało jednego koncesjonowanego dostawcę wina. Ten produkt sprzedawany jest wyłącznie w kilkunastu wyselekcjonowanych punktach, które muszą spełnić określone wymogi. Podstawowym elementem całego układu jest ceramiczny kubek, który klient kupuje za kaucję 30 złotych. Do tego doliczana jest cena grzanego wina i łącznie każdy klient płaci 55 złotych. Ceramiczny kubek trzeba potem oddać do konkretnego punktu, żeby odzyskać pieniądze.
Tymczasem dosłownie kilka metrów dalej stoją budki, które oferują winopodobny napój nazwany miodownikiem. Ma on podobny smak i podobną temperaturę, ale różnica cenowa jest uderzająca. Za miodownik klient płaci 20 złotych, a jednorazowy kubeczek kosztuje 2 złote. W praktyce oznacza to, że klient za cały zestaw płaci mniej niż połowę ceny wersji koncesjonowanej. Dla wielu osób wybór jest więc oczywisty. Wystawcy mówią, że trzeba dużej odwagi, żeby zdecydować się na sprzedaż tego droższego wariantu. Ceramiczny kubek staje się symbolem oficjalnego produktu, ale jednocześnie dla przedsiębiorców jest to ciężar finansowy i ryzyko strat.
Czytaj więcej: Gdańsk zmienia ruch przez świąteczny jarmark
Kubki, czyli świąteczna logistyka na granicy absurdu
Ceramiczny kubek pojawia się w tej historii jako bohater drugiego planu, który w praktyce przyćmiewa cały urok świątecznej tradycji. Wystawcy muszą je przyjmować, przechowywać, rozliczać, pilnować i oddawać. Tymczasem większość stoisk ma bardzo ograniczone zaplecze. Kubki zajmują miejsce, którego brakuje na każdym kroku. Pracownicy stają się nie tylko sprzedawcami, ale też magazynierami i strażnikami.
Trzeba też pamiętać, że ceramiczny kubek o wartości 30 złotych to dla wielu osób potencjalna pamiątka lub łatwy łup. Według relacji naszego czytelnika nie brakuje osób, które próbują je podbierać z półek i lad. W niektórych budkach przedsiębiorcy już praktycznie nie odrywają wzroku od stosów kubków, bo każdy z nich to realny koszt. Jedna zguba, jedno niedopatrzenie i bilans się nie spina.
Jeszcze większą komplikacją jest proces mycia kubków. Zwrócone naczynia są wieczorem i w nocy zawożone – jak przekazał nam czytelnik – w okolice stadionu, gdzie znajduje się duża myjka przemysłowa. Tam pracownicy myją kubki, a następnie wyparzają w specjalnych urządzeniach, żeby można było je zwrócić do obiegu bez ryzyka zatrucia. Rano wracają na jarmark i znów trafiają do sprzedaży. Proces wymaga transportu, ludzi, energii, wody i czasu. Pozornie ekologiczny system staje się więc w praktyce bardzo zasobożerny. Ceramiczny kubek, zamiast być symbolem troski o środowisko, zaczyna przypominać dobrze wyglądającą iluzję.
Miasto zdaje się liczyć na to, że część turystów nie będzie oddawać kubków. Dla wielu odwiedzających to atrakcyjna pamiątka, więc 30 złotych zostaje w kasie punktu oddawczego. System działa, ale tylko wtedy, gdy duża liczba osób rezygnuje ze zwrotu. Dla wystawców to żadna korzyść, bo to oni muszą logistycznie obsłużyć cały proces.

Strach gastronomii na Długiej i Długim Targu
Najbardziej niepokojąca część opowieści dotyczy lokali gastronomicznych na ulicy Długiej i Długim Targu. Obie te lokalizacje znajdują się dosłownie tuż obok jarmarku. Dla wielu przedsiębiorców byłaby to idealna okazja, żeby przygotować sezonową ofertę, wystawić beczkę z grzanym winem i przyciągnąć turystów, którzy spacerują między stoiskami. Jednak – jak wynika z relacji naszego czytelnika – właściciele tych miejsc nie decydują się na takie działania. Powodem jest strach.
Według opowieści po mieście krążą nieoficjalne sygnały, że jeśli którykolwiek lokal spróbuje wystawić przed wejściem punkt z grzanym winem, może stracić koncesję na sprzedaż alkoholu. Nikt nie chce ryzykować tak poważnej sankcji, więc gastronomia działa w wyraźnym napięciu. Lokale nie chcą robić konkurencji jarmarkowym budkom, a presja ze strony miasta — choć nieformalna — ma podobno bardzo realny efekt. Właściciele czują się zaszachowani i spacyfikowani, bo jedna decyzja mogłaby zagrozić ich działalności na długie miesiące.
W praktyce oznacza to, że grzane wino stało się produktem niemal zarezerwowanym tylko dla jarmarku, choć naturalnie mogłoby być sprzedawane także w innych punktach. Atmosfera strachu odbiera gastronomii możliwość normalnego konkurowania i wpływa na to, jak działa ścisłe centrum miasta w czasie największego sezonu turystycznego zimą.
W tym wszystkim trzeba jednak pamiętać, że wizualnie i organizacyjnie jarmark stoi na wysokim poziomie. AmberExpo wykonuje ogromną pracę, a efekt jest imponujący. Prezes Andrzej Bojanowski potrafi zbudować wydarzenie, które przyciąga ludzi i robi wrażenie nawet na tych, którzy widzieli już wiele podobnych imprez w innych miastach. To właśnie dlatego kontrast między piękną fasadą a skomplikowanym zapleczem jest tak wyraźny.
Wysłaliśmy pytania do AmberExpo i czekamy na odpowiedź.
Zobacz też: Ścianka wspinaczkowa w nieczynnym tunelu? Radny Gdańska ma plan

Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.






