Ustawa metropolitalna dla Pomorza jest już na ostatniej prostej. Senat poparł ją 10 czerwca stosunkiem głosów 60 do 29, a po senackich poprawkach sprawa wróciła do Sejmu. Sejm przyjmie z pewnością większość poprawek Senatu, więc teraz wszystko zmierza na biurko prezydenta Karola Nawrockiego. I właśnie w tym momencie do gry wchodzą radni Sopotu, którzy apelują o jedno: weto.
Apel do prezydenta
Czterech radnych Sopotu zwróciło się do prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowanie ustawy o związku metropolitalnym w województwie pomorskim. Pod apelem podpisali się Paweł Petkowski, Piotr Meler, Jan Karasowski i Jakub Świderski. Dokument datowany jest na 12 czerwca 2026 r.
To nie jest miękkie pismo w stylu „mamy pewne wątpliwości”. Radni piszą ostro. Ich zdaniem ustawa pod hasłem wspólnego biletu wprowadza faktycznie zmianę ustrojową, która może odebrać lokalnym wspólnotom realny wpływ na decyzje. Wprost wskazują, że chodzi o zasady samorządności, dobrowolności i podmiotowości mieszkańców.
I trudno udawać, że to tylko kolejny lokalny spór.
Czytaj też: Metropolia pomorska bez wyborów bezpośrednich. Potrzebny nadzór
Wspólny bilet jako przykrywka
Promotorzy ustawy od miesięcy mówią głównie o transporcie. O wspólnym bilecie, lepszej komunikacji, sprawniejszym planowaniu. To brzmi dobrze, bo każdy, kto korzysta z transportu publicznego na Pomorzu, wie, że system potrafi doprowadzić człowieka do pasji.
Tyle że radni Sopotu mówią: spokojnie, nie dajmy się złapać na hasło.
W ich ocenie wspólny bilet można było załatwiać przez porozumienia samorządów, bez tworzenia nowej, silnej struktury ponad gminami. Metropolia ma natomiast dostać własny budżet, kompetencje i wpływ na sprawy, które dziś są bliżej mieszkańca.
To jest sedno tej awantury.
Bo jeżeli autobus się spóźnia, mieszkaniec idzie dziś do radnego, prezydenta miasta albo burmistrza. Po wejściu metropolii usłyszy, że odpowiada związek. A tam już nie ma prostego mechanizmu rozliczenia przy urnie.
Wygodne. Bardzo wygodne.
Zobacz też: Ustawa metropolitalna dla Pomorza i cień śledztwa Prokuratury Europejskiej
Sopot boi się Gdańska
Najmocniejszy fragment apelu dotyczy pozycji Sopotu. Radni piszą, że miasto zostanie włączone do rdzenia metropolii razem z Gdańskiem i Gdynią, ale bez realnej możliwości samodzielnego wystąpienia z tej struktury. Według ich wyliczeń Sopot, jako miasto liczące około 31 tys. mieszkańców, będzie miał zaledwie 2,9 proc. siły głosu, podczas gdy sam Gdańsk ponad 44 proc.
To pokazuje skalę problemu.
Formalnie każdy będzie przy stole. Praktycznie jeden będzie siedział na dużym krześle, a drugi na taborecie. I jeszcze usłyszy, że przecież nikt go nie wyprasza.
Radni wskazują, że nawet mechanizm tzw. podwójnej większości może nie ochronić mniejszych gmin. Bo w realnym życiu mniejsze samorządy będą zależne od centrum decyzyjnego, od pieniędzy, inwestycji, transportu i drogowych obietnic. Nikt nie musi nikomu grozić. Wystarczy układ sił.
Liberalna władza dostaje więcej
To jest dokładnie ten moment, o którym przeciwnicy ustawy mówią od dawna. Metropolia może wzmocnić liberalny obóz władzy na Pomorzu. Nie przez wielkie hasła, tylko przez mechanikę. Przez budżet, decyzje, strategie, przetargi i przenoszenie odpowiedzialności na poziom, którego mieszkaniec nie wybiera bezpośrednio.
Na Pomorzu od lat dominuje środowisko związane z Koalicją Obywatelską i liberalnymi samorządowcami. To oni najmocniej pchali projekt. To oni mówili o przełomie. To oni robili zdjęcia w Sejmie i przekonywali, że chodzi o mieszkańców.
Radni Sopotu pokazują drugą stronę medalu. Jeżeli metropolia przejmie wpływ na transport, planowanie, strategię rozwoju, fundusze unijne, politykę klimatyczną czy promocję, to lokalne rady mogą stać się coraz bardziej fasadowe.
Czyli mieszkaniec nadal będzie głosował w wyborach samorządowych, ale coraz więcej realnych decyzji będzie zapadało gdzie indziej.
Ładna demokracja. Taka trochę zdalna.
Planowanie i pieniądze
W apelu pojawia się też wątek planowania przestrzennego. Radni ostrzegają, że gminne plany ogólne mają być powiązane ze strategią rozwoju ponadlokalnego. W praktyce może to oznaczać, że kierunki rozwoju miasta będą musiały uwzględniać priorytety ustalone na poziomie metropolii.
Dla Sopotu to szczególnie drażliwa sprawa. Miasto jest małe, drogie, silnie obciążone turystyką i presją inwestycyjną. Każdy kawałek zieleni, każda decyzja o zabudowie, każdy ruch w planowaniu przestrzennym ma tam ogromne znaczenie.
Radni piszą też o funduszach unijnych, zwłaszcza ZIT. Ich zdaniem dotychczasowe partnerstwo może zostać zastąpione centralnym zarządzaniem przez związek metropolitalny. Mniejsze gminy przestaną być równorzędnymi partnerami, a staną się uczestnikami większej struktury, gdzie ich siła negocjacyjna będzie ograniczona.
Brzmi technicznie, ale chodzi o bardzo proste pytanie: kto będzie dzielił pieniądze?
Prezydent podejmie decyzję ws. ustawy metropolitalnej
Po decyzjach parlamentu ustawa jest już bardzo blisko finału. Zwolennicy mówią o historycznym sukcesie i szansie na około 500 mln zł rocznie dla regionu. Przekonują, że chodzi o transport publiczny, rozwój gospodarczy i lepszą współpracę samorządów.
Radni Sopotu odpowiadają: nie w takim kształcie.
Ich apel do prezydenta jest politycznie ważny, bo rozbija prostą opowieść o powszechnym samorządowym entuzjazmie. Pokazuje, że nawet w samym rdzeniu przyszłej metropolii są ludzie, którzy widzą w ustawie nie tylko szansę, ale też zagrożenie.
I to zagrożenie jest konkretne: utrata wpływu mieszkańców, dominacja największego miasta, rozmycie odpowiedzialności i wzmocnienie regionalnej władzy, która już dziś ma na Pomorzu bardzo silną pozycję.
Prezydent Nawrocki będzie musiał zdecydować, czy podpisze ustawę, czy użyje weta. A mieszkańcy powinni w tym czasie zadać jedno pytanie.
Czy ta metropolia naprawdę powstaje dla ludzi? Czy raczej dla tych, którzy chcą mieć jeszcze więcej władzy nad ludźmi?
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.

