Wszystko zaczęło się od jednej rolki. Kilka słów, trochę ironii, satyryczny komentarz. I nagle – wezwanie z kancelarii prawnej, groźby paragrafów, żądanie przeprosin. Gdyńska Czerwona Kartka – lokalny, opozycyjny fanpage, znany z ostrych komentarzy wobec władz miasta – znalazła się w środku konfliktu, którego osią jest koncert Andrzeja Piasecznego, jego przeszłość i sposób, w jaki miasto świętuje swoje stulecie.
Trzy szybkie fakty:
- radni PO chcą przeprosin za wpis, w którym padło nazwisko Piasek i nazwiska lokalnych polityków;
- spór dotyczy satyrycznego komentarza do występu artysty, który wcześniej krzyczał „Jebać PiS”;
- „Czerwona Kartka” odpowiada: cenzura, przesada, nie było żadnych oszczerstw.
Gdyńska setka i miliony z budżetu
Jubileusz 100-lecia Gdyni miał być świętem mieszkańców. Ale wybór gwiazdy wieczoru – Andrzeja Piasecznego – wzbudził kontrowersje. Wszystko za sprawą wideo sprzed kilku lat, w którym Piasek, w towarzystwie m.in. Nergala, skandował hasło „Jebać PiS”. Nagranie obiegło kraj, wywołało burzę i trwale przykleiło do wokalisty łatkę „zaangażowanego politycznie”.
I właśnie o to chodziło „Czerwonej Kartce”. Fanpage opublikował nagranie satyryczne – przedstawiające nie polityków, lecz przypadkową grupę biesiadników – z komentarzem sugerującym, że za decyzją o „grubych milionach” na „chałturę” z Piaskiem stoją konkretni miejscy decydenci.
W poście padły nazwiska: Larysa Kramin, Agnieszka Tokarska, Tadeusz Szemiot, Dominik Aziewicz, Mariusz Bzdęga. Wszystko w ironicznej formie:
Siedzi sobie taka Larysa Kramin (…) i myślą komu by tu zapłacić grube miliony za zaśpiewanie jakiejś chałtury zwaną dla niepoznaki stuleciem.
Pismo z paragrafem i podpisem
Odpowiedź była natychmiastowa. Kancelaria prawna KWZZ, w imieniu wymienionych osób – radnych i urzędników związanych z Platformą Obywatelską – przesłała wezwanie do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych. Przesłała wezwanie z konta pod nazwą… „Kali Jeść”.
Co zawiera?
- żądanie natychmiastowego usunięcia wpisu;
- zobowiązanie do niepowtarzania podobnych sugestii w przyszłości;
- publikację przeprosin o dokładnie określonej treści – widocznych przez 14 dni;
- groźbę pozwu cywilnego i ewentualnego postępowania karnego;
- wezwanie do zadośćuczynienia finansowego na cel społeczny.
Treść wezwania jest surowa: wpis nazwano „insynuacyjnym, deprecjonującym, ośmieszającym”, a zawarte w nim sugestie określono jako nieprawdziwe. Kancelaria podkreśla, że żadna z wymienionych osób nie występuje w nagraniu i nie ma z nim żadnego związku.
Czerwona Kartka: „Żaden Kali nie zamknie nam ust”
Administratorzy profilu nie pozostali dłużni. Opublikowali pełną emocji odpowiedź – szyderczą, ostrą, ale także rzeczową.
Po pierwsze: podkreślają, że wpis został usunięty. „Dla świętego spokoju”.
Po drugie: zapowiadają przeprosiny – ale „lekko zmodyfikowane”.
Po trzecie – i najważniejsze – twierdzą, że cały wpis miał charakter satyryczny, nie sugerował realnego udziału wskazanych osób w żadnym nagraniu ani zdarzeniu. Wręcz przeciwnie – w dalszej części posta wyraźnie napisali, że żadna z wymienionych osób nie była obecna na materiale wideo.
I jeszcze jedno: zdaniem administratorów, nazwy i nazwiska użyto jako symboli – nie jako precyzyjnych identyfikatorów.
Aziewiczów w Gdyni jest dwóch, Bzdęga jest z Mazowsza, Szemiot z Opolszczyzny – udowodnijcie, że to o was chodziło – odpowiadają z humorem.
Czy wolno jeszcze żartować z władzy?
Spór w Gdyni to coś więcej niż lokalna potyczka o jeden post. To przykład realnego konfliktu między prawem do krytyki, a prawem do ochrony dobrego imienia.
Z jednej strony – mamy satyryczny profil, który od lat punktuje absurdy miejskich decyzji. Z drugiej – radnych i urzędników, którzy twierdzą, że zostali zniesławieni i ich nazwiska zostały bezprawnie użyte.
W tle są duże pieniądze – czyli budżet publiczny – i bardzo konkretne pytanie: czy miasta mogą finansować występy artystów, którzy wcześniej w wulgarny sposób komentowali scenę polityczną? Czy mieszkańcy nie mają prawa tego krytykować – nawet w formie prześmiewczej?
Efekt mrożący. Na co pozwala art. 212?
W piśmie kancelaria odwołuje się m.in. do art. 212 kodeksu karnego, który przewiduje odpowiedzialność za zniesławienie – nawet do roku ograniczenia wolności. To jeden z najbardziej kontrowersyjnych przepisów w polskim prawie – wielokrotnie krytykowany przez organizacje broniące wolności słowa.
Korzystają z niego głównie politycy i urzędnicy – przeciw dziennikarzom, blogerom, satyrykom. Krytycy mówią wprost: to narzędzie tłumienia krytyki.
„Czerwona Kartka” nie pierwszy raz żartuje z miejskich władz. Ale pierwszy raz spotyka się z tak oficjalną i ostrą reakcją.
Czytaj więcej: Trump oskarża BBC o manipulację. W tle rekordowy pozew
Trudno nie zauważyć, że cała sprawa nabrała politycznego smaku. Po jednej stronie mamy działaczy Platformy Obywatelskiej, po drugiej – fanpage, który regularnie punktuje ich działania. Pośrodku – mieszkańcy. Tacy, którzy chcą wiedzieć, ile kosztował występ Piaska, kto go zatwierdził i dlaczego.
I co z tą wolnością słowa?
W demokracji to nie popularność artysty powinna decydować, czy można go krytykować, lecz przejrzystość decyzji finansowych. Kiedy ktoś, kto publicznie krzyczy „Jebać PiS”, dostaje miejskie pieniądze – musi się liczyć z reakcją. A gdy reakcją jest satyra? Pozew nie może być pierwszym odruchem.
Jeśli prawnicy zamiast tłumaczyć mieszkańcom decyzje budżetowe zaczynają grozić – przegrywa nie tylko fanpage. Przegrywa zaufanie społeczne.
Zobacz też: 12-letnia dziennikarka Sara Małecka-Trzaskoś kontra szkoła. Pozew na 50 osób
mn






