Tuzin powodów, dla których Gdańsk bywa uznawany za miasto proniemieckie

Gdańsk lubi opowiadać o sobie jako o mieście wolności, solidarności i europejskiego dialogu. Tyle że w ostatnich latach narosło tyle kontrowersji wokół gestów, nazw, wystaw i wydarzeń, że część mieszkańców i komentatorów nie mówi już o „otwartości”, tylko o konsekwentnym przesuwaniu akcentów w stronę niemieckiej narracji. Poniżej zebraliśmy tuzin spraw, które – każda z osobna i wszystkie razem – budują wrażenie, że Gdańsk bywa postrzegany jako miasto proniemieckie: nie z powodu jednego potknięcia, ale przez serię decyzji i „wpadek”, które w polskiej pamięci historycznej uderzają wyjątkowo mocno.

1. Westerplatte: brak informacji po niemiecku o agresorze

Około 2014 roku ujawniono, że na tablicy informacyjnej przy przystanku tramwaju wodnego na Westerplatte w wersji niemieckojęzycznej brakowało wzmianki o niemieckim agresorze. Turyści czytający po polsku i angielsku dowiadywali się, że obrońcy Westerplatte walczyli z przeważającymi siłami niemieckimi, jednak w niemieckim opisie nie wskazano, przed kim bronili się polscy żołnierze. Powstało wrażenie, jakoby przemilczano fakt niemieckiej napaści, co odebrano jako fałszowanie historii lub przynajmniej nadmierną kurtuazję wobec niemieckich odbiorców. 

Po nagłośnieniu sprawy tablicę szybko wymieniono na poprawioną. Przedstawiciel gdańskiego MOSiR, dzisiaj GOS tłumaczył pominięcie agresora jako zwykły „chochlik drukarski”, czyli błąd w druku. Tłumaczenie to wywołało sceptycyzm części opinii publicznej – wiele osób uznało, że trudno uwierzyć w przypadkowe “zgubienie” akurat tak kluczowej informacji w wersji niemieckiej.

Niemniej jednak nowa tablica zawierała już jasną informację, że w 1939 r. Polacy bronili się na Westerplatte przed atakiem oddziałów niemieckich. Całą sytuację uznano za wpadkę gdańskich instytucji miejskich, która nie powinna była mieć miejsca. Pojawiły się głosy, że to świadectwo nadmiernej poprawności politycznej, a nawet przejaw ulegania niemieckiej wrażliwości kosztem prawdy historycznej


Doceniasz naszą robotę? Postaw nam kawę

Każda kawa pomaga nam działać:



Dzięki Twojemu wsparciu możemy publikować bez nacisków.


Piotr Grzelak (FOTO: gdansk.pl)
Piotr Grzelak (FOTO: gdansk.pl)

2. Wypowiedź Piotra Grzelaka o Polakach i Niemcach

Piotr Grzelak, wiceprezydent Gdańska, wywołał burzę swoją wypowiedzią z 2019 r., dotyczącą genezy II wojny światowej. W nawiązaniu do przemówienia Donalda Tuska o „złych słowach” jako zarzewiu konfliktów, Grzelak stwierdził podczas uroczystości: 

Na początku było słowo, złe słowo. Słowo jednego przeciwko drugiemu. I to złe słowo było słowem Polaka przeciwko innemu narodowi, Niemca przeciwko innemu narodowi. Europa została tym złym słowem podzielona.

Jego słowa zasugerowały, jakoby obraźliwe słowa Polaków pod adresem Niemców również przyczyniły się do wybuchu wojny, co odebrano jako relatywizowanie odpowiedzialności. 

Wypowiedź Grzelaka spotkała się z ostrą krytyką historyków i polityków. Dr Karol Nawrocki, ówczesny dyrektor Muzeum II Wojny Światowej, potępił słowa wiceprezydenta jako „oburzającą manipulację historią”, podkreślając, że nie wolno rozmywać jednoznacznej winy Niemiec za rozpętanie wojny.

Radny PiS Kazimierz Koralewski wskazał, że Grzelak zestawił ofiary z agresorami, przypominając porównanie dokonane przez wiceprezydenta: polskiej dziewczynki Erwinki Barzychowskiej (zamordowanej przez Niemców) z niemiecką dziewczynką z Berlina – eksponatem z Muzeum II WŚ. Oburzenie wyrazili także komentatorzy prawicowi, zarzucając władzom Gdańska przekroczenie granic poprawności politycznej.

W konsekwencji Piotr Grzelak wydał oświadczenie, w którym przeprosił wszystkich, którzy odebrali jego słowa jako zrównywanie odpowiedzialności Polaków i Niemców za wybuch wojny, tłumacząc, że nie miał takiej intencji. Mimo przeprosin niesmak pozostał – wypowiedź stała się dla obozu konserwatywnego dowodem na “proniemiecką narrację” płynącą z gdańskiego magistratu. 

Gdańsk Kokoszki (Karczemki). Nadanie rondu na skrzyżowaniu ulic Kartuskiej, Otomińskiej i Lubczykowej imienia "Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk - Rzeczpospolita Polska (1920-1939)". Nz. od lewej: Z-ca Prezydenta Gdańska Piotr Grzelak, Prezes Stowarzyszenia Dzielnicy Kokoszki Danuta Bociewicz, Radny Miasta Gdańska Mariusz Andrzejczak, Przewodniczący Zarządu Dzielnicy Kokoszki Krzysztof Nowotarski. (FOTO: Jerzy Pinkas/gdansk.pl)
Gdańsk Kokoszki (Karczemki). Nadanie rondu na skrzyżowaniu ulic Kartuskiej, Otomińskiej i Lubczykowej imienia “Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska (1920-1939)”. Nz. od lewej: Z-ca Prezydenta Gdańska Piotr Grzelak, Prezes Stowarzyszenia Dzielnicy Kokoszki Danuta Bociewicz, Radny Miasta Gdańska Mariusz Andrzejczak, Przewodniczący Zarządu Dzielnicy Kokoszki Krzysztof Nowotarski. (FOTO: Jerzy Pinkas/gdansk.pl)

3. Rondo im. Wolnego Miasta Gdańska – spór o nazwę

We wrześniu 2016 r. Rada Miasta Gdańska debatowała nad nazwaniem ronda w dzielnicy Kokoszki nazwą “Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska (1920-1939)”. Pomysł wyszedł od lokalnego stowarzyszenia, pragnącego upamiętnić historyczną granicę Wolnego Miasta Gdańska w tym rejonie. Nazwa ronda i towarzyszący jej symboliczny kamień graniczny miały przypominać o dawnych granicach sprzed 1939 roku. 

Radni opozycyjnego PiS ostro zaprotestowali przeciw takiej nazwie.

Radna Anna Kołakowska pytała retorycznie: “Co chcemy upamiętnić? Sztuczny twór administracyjny, który oderwał Gdańsk od Polski, gdzie Polacy byli prześladowani?”. Określiła pomysł jako nieuczciwy wobec polskiej młodzieży. Radny PiS Jerzy Milewski stwierdził, że nadanie rondu takiej nazwy to “honorowanie” Wolnego Miasta i absurdalne nawiązywanie do symboliki III Rzeszy. W opinii tych radnych Wolne Miasto Gdańsk było w prostej linii preludium nazistowskiej agresji – separatyzm gdański postrzegali jednoznacznie negatywnie. 

Z kolei radni rządzącej PO bronili inicjatywy. Marek Bumblis z PO podkreślał, że nazwa wyszła oddolnie od mieszkańców Kokoszek i ma osadzić tożsamość dzielnicy w prawdzie historycznej, bez żadnych złych intencji. Inny radny PO apelował, by nie doszukiwać się „drugiego dna” – nikt nie zamierza gloryfikować nazizmu, chodzi tylko o upamiętnienie faktu historycznego. 

Ostatecznie uchwała została przyjęta większością głosów koalicji rządzącej. Na rondzie ustawiono też historyczny słup graniczny z czasów WMG, wydobyty z muzealnego magazynu, oraz tablicę objaśniającą dzieje Wolnego Miasta. 

Adolf Butenandt. Zdjęcie pochodzi z archiwum Towarzystwa im. Maxa Plancka.

4. Patron tramwaju dla „hitlerowskiego uczonego” (Adolf Butenandt)

W 2011 r., przy okazji zakupu nowych tramwajów Pesa Swing, gdański ZKM (obecnie GAiT) nadał każdemu pojazdowi patrona – wybitną postać związaną z miastem. Wśród 25 wybranych nazwisk znalazł się Adolf Butenandt, niemiecki biochemik, przed wojną profesor Technische Hochschule Danzig i laureat Nagrody Nobla z chemii (1939). Uhonorowano go za dokonania naukowe – odkrycie hormonów płciowych, którego dokonał w Wolnym Mieście Gdańsku. Tramwaj nr 1031 otrzymał jego imię i kursował po Gdańsku od 2011 r. 

Po kilku latach wyszły na jaw niechlubne fakty z biografii Butenandta. Okazało się, że był on czynnym zwolennikiem nazizmu – należał do NSDAP i podpisał deklarację lojalności niemieckich profesorów wobec Hitlera. Pojawiły się także informacje, że mógł brać udział w zbrodniczych eksperymentach (m.in. badaniach nad toksynami grzybów dokonywanych na ludziach) oraz współpracować z berlińskimi naukowcami SS. Gdy te informacje zostały nagłośnione w mediach lokalnych na początku 2017 r., wywołały znaczne oburzenie – wielu gdańszczan nie miało świadomości nazistowskiej przeszłości patrona tramwaju. 

Sierpień 2017 r. – wówczas, po fali krytyki, władze Gdańskich Autobusów i Tramwajów podjęły decyzję o natychmiastowym usunięciu nazwiska Butenandta z grona patronów. Tramwaj nr 1031 przestał nosić jego imię – zdrapano je z burty pojazdu oraz usunięto informacje biograficzne ze strony internetowej. 

GAiT tłumaczył, że w 2011 r. nie posiadano wiedzy o uwikłaniu uczonego w nazizm, a decyzja o patronacie zapadła w dobrej wierze (co więcej, była konsultowana w internetowym plebiscycie mieszkańców). Gdy tylko dotarły doniesienia prasowe o „niechlubnej przeszłości” Butenandta, natychmiast go skreślono z listy patronów. W znacznej części opinii publicznej decyzja o usunięciu nazwiska spotkała się z aprobatą – 78% głosujących w ankiecie portalu Trojmiasto.pl poparło pozbawienie nazisty patronatu. Jednocześnie pojawiły się pytania, jak doszło do takiej nominacji w pierwszym rzędzie. Krytycy władz miasta wskazywali, że to przejaw zaniedbania historycznego lub zbytniej fascynacji niemieckimi uczonymi, nawet kosztem pamięci o ich uwikłaniu w reżim Hitlera. W prasie prawicowej pisano wręcz o „kompromitacji ekipy Budynia (Adamowicza)” w tej sprawie. Miasto uniknęło jednak dalszych szkód wizerunkowych dzięki szybkiej korekcie – miejsce Butenandta w przyszłości miał zająć inny, bezdyskusyjny patron (proponowano np. Zbigniewa Cybulskiego czy Andrzeja Grubbę). 

 (FOTO: Konsulat Generalny Niemiec w Gdańsku)
(FOTO: Konsulat Generalny Niemiec w Gdańsku)

5. Uroczystość ku czci von Stauffenberga w Dworze Artusa

W lipcu 2024 r. w Dworze Artusa w Gdańsku – reprezentacyjnej sali miejskiej – odbyła się uroczystość z okazji 80. rocznicy zamachu Clausa von Stauffenberga na Hitlera (20 lipca 1944). Wydarzenie zostało zorganizowane przez Konsulat Generalny Niemiec i Fundację Konrada Adenauera. Głównym prelegentem był prof. Norbert Lammert, były przewodniczący Bundestagu, który w przemówieniu przedstawił zamachowców z 20 lipca jako symbol przyzwoitości i odwagi cywilnej – zastrzegając jednak, że nie byli oni „krystalicznymi demokratami”, lecz ludźmi swojej epoki. Uroczystość miała charakter zamknięty, dyplomatyczny, ale jej echo wywołało kontrowersje polityczne na lokalnej scenie. 

Wydarzenie odbyło się 16 lipca 2024 r., tuż przed okrągłą rocznicą zamachu na Hitlera. 

Przedstawiciele pomorskiego PiS ostro skrytykowali uroczystość. Radni miejscy PiS oraz Natalia Nitek-Płażyńska (działaczka i radna sejmiku, znana z obrony dobrego imienia Polski) złożyli zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu propagowania nazizmu podczas wydarzenia. Ich zdaniem doszło do “gloryfikacji nazisty” – jak określili Stauffenberga. Nitek-Płażyńska argumentowała, że Claus von Stauffenberg “nigdy nie wyrzekł się nazizmu, chciał mordować Polaków i Żydów, a zamach na Hitlera podjął tylko po to, by przejąć władzę i kontynuować agresję”. Przypomniała jego pogardliwe słowa o Polakach jako “motłochu potrzebującym bata”. W oczach tych krytyków prezentowanie Stauffenberga w Dworze Artusa w roli bohatera było nie do przyjęcia. 

Władze Gdańska oraz organizatorzy odpierali zarzuty. Muzeum Gdańska (którego oddziałem jest Dwór Artusa) oświadczyło, że obraz uroczystości przedstawiany przez radnych PiS mija się z prawdą. Konsulat Niemiec wyjaśnił, że celem była refleksja nad wspólnym dziedzictwem sprzeciwu wobec tyranii, a nie wybielanie kogokolwiek. W istocie w trakcie wydarzenia podkreślano ambiwalencję spiskowców – Lammert mówił, iż „zamachowcy nie byli oczywiście demokratami, byli ludźmi swoich czasów”, ale jednak ich czyn stał się symbolem odwagi cywilnej w obliczu zła. Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz (choć osobiście nie uczestniczyła) odniosła się później do sprawy, wskazując, że Gdańsk wspiera inicjatywy dialogu historycznego – przypomniała, że to polska Solidarność dała NRD-owcom odwagę do walki, a Polacy i Niemcy razem przełamali komunizm w 1989 r., co należy upamiętniać. 

Mimo tłumaczeń, polityczna burza trwała tygodniami. Prokuratura wszczęła czynności sprawdzające (ostatecznie nie stwierdzono propagowania faszyzmu – upamiętnienie zamachowców uznano za legalne). Jednak radni PiS zarzucili władzom Gdańska “wybielanie zwolenników nazizmu” i relatywizowanie historii.

6. Wystawa „Nasi chłopcy” – żołnierze Wehrmachtu z Pomorza

W lipcu 2025 r. Muzeum Gdańska otwarło w Ratuszu Głównego Miasta wystawę czasową „Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy”. Ekspozycja ukazywała losy Pomorzan – Kaszubów, Kociewiaków, gdańszczan – którzy po 1939 r. zostali przymusowo wcieleni do Wehrmachtu lub innych formacji nazistowskich. Był to temat przez dekady przemilczany – ci ludzie często bali się po wojnie przyznać do służby w niemieckiej armii. Wystawa prezentowała dokumenty, pamiątki rodzinne, relacje i tło historyczne, starając się przedstawić tragiczne wybory i doświadczenia tych Polaków z Pomorza. 

Już sam prowokacyjny tytuł „Nasi chłopcy” wywołał ogromne emocje. Część odbiorców zrozumiała go opacznie, uznając, że muzeum określa mianem “naszych” także tych, którzy służyli Hitlerowi. 

Wystawę otwarto 12 lipca 2025 r., ma potrwać do maja 2026. Największe kontrowersje rozgorzały w pierwszych dniach po otwarciu (lipiec 2025). 

W mediach społecznościowych pojawiły się zarzuty, że nazywanie wcielonych do Wehrmachtu “naszymi chłopcami” to relatywizowanie odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Jeden z komentatorów zapytał retorycznie: „Czy ‘naszymi chłopcami’ byli ci, którzy wymordowali 6 mln polskich obywateli? Nasi chłopcy ginęli na Westerplatte, broniąc Ojczyzny”. Pojawiły się oskarżenia, że wystawa wpisuje się w rzekome próby germanizacji narracji historycznej Gdańska oraz dzielenia się odpowiedzialnością za zbrodnie III Rzeszy z Polakami. 

Szybko sprawa stała się polityczna. Działacze środowisk patriotycznych i PiS zorganizowali protest pod Ratuszem – 15 lipca 2025 r. kilkadziesiąt osób pikietowało z hasłami obrony pamięci polskich bohaterów. W odezwie protestu nazwano wystawę “próbą wybielania historii i stawiania niemieckich żołnierzy obok ofiar nazistowskiego terroru”, podkreślając, że “naszymi chłopcami byli ci, których Niemcy katowali, a nie ci, którzy im służyli”. Lokalni politycy PiS (posłanka K. Lewandowska, radni) zarzucili władzom miasta próbę “pisania historii na nowo pod dyktando niemieckie”

Muzeum Gdańska oraz historycy bronili wystawy. W specjalnym oświadczeniu Muzeum stwierdziło, że krytykują ją osoby, które jej nie widziały, a narracja wokół wystawy jest wykorzystywana instrumentalnie dla doraźnych celów politycznych. Podkreślono, że celem nie jest wybielanie kogokolwiek, ale pokazanie tragedii tysięcy Pomorzan zmuszonych do służby – często pod groźbą represji wobec rodzin. “Aneksja ziem polskich, wpisy na Volkslistę, przymusowe wcielenia do Wehrmachtu – to działania okupanta, których nie będziemy przemilczać. (…) Nie zgadzamy się na przedstawianie tych ludzi jako zdrajców lub kolaborantów. Wykluczanie ofiar niemieckiej przemocy z polskiej wspólnoty narodowej jest niegodne i niepatriotyczne” – napisano w stanowisku Muzeum. Muzealnicy wyjaśniali też genezę tytułu: “Nasi chłopcy” nawiązuje do określenia “Ons Jongen” używanego w Luksemburgu wobec podobnie przymusowo wcielanych – ma to podkreślić bliskość i odpowiedzialność za pamięć o tych ludziach. 

Wystawa, mimo kontrowersji, przyciągnęła wielu zwiedzających i wywołała potrzebną dyskusję. Głos zabierali historycy regionu (np. prof. Piotr Semków) broniący potrzeby takiej narracji. Pomorska Rada Kultury wydała stanowisko popierające muzeum, potępiające ataki polityczne na niezależność badań historycznych. 

Sprawa unaoczniła konflikt dwóch wrażliwości: jednej – podkreślającej polskie ofiary i niechętnej eksponowaniu historii Niemców z Gdańska, oraz drugiej – gotowej na trudny dialog o skomplikowanych losach mieszkańców Pomorza. Niestety, dyskusja często przybierała ostry, populistyczny ton, zamiast rzeczowej debaty. 

W Gdańsku świętowano Dzień Jedności Niemiec (FOTO: Agnieszka Owczarczak/FB)
W Gdańsku świętowano Dzień Jedności Niemiec (FOTO: Agnieszka Owczarczak/FB)

7. Tydzień Jedności Niemiec w ECS – obchody i kontrowersje

Europejskie Centrum Solidarności (ECS) w Gdańsku – instytucja poświęcona historii Solidarności i upadku komunizmu – stało się miejscem organizacji uroczystości związanych z Dniem Jedności Niemiec (3 października, rocznica zjednoczenia RFN i NRD). Od kilku lat Konsulat Niemiec wraz z miastem Gdańsk organizuje w okolicach tej daty Tydzień Niemiecki lub oficjalne obchody Jedności w Trójmieście. Kulminacją bywa uroczysta akademia z udziałem władz miasta, konsula i zaproszonych gości. Przykładowo, w 2021 r. odbył się Tydzień Niemiecki w Gdańsku (28.09-4.10) z ponad 20 wydarzeniami kulturalnymi i biznesowymi, świętujący m.in. 30-lecie dobrosąsiedzkiego traktatu Polska-Niemcy. Z kolei w 2024 i 2025 r. oficjalne przyjęcia z okazji Dnia Jedności Niemiec miały miejsce właśnie w ECS lub Filharmonii Bałtyckiej, gromadząc dyplomatów i lokalne władze. 

Cykl imprez zwykle przełom września i października, corocznie od ok. 2019 wzwyż. Np. w 2025 r. obchody odbyły się 7 października w ECS. 

Dla władz Gdańska te wydarzenia są naturalną okazją do podkreślenia polsko-niemieckiego pojednania i roli Solidarności w zburzeniu muru berlińskiego. Prezydent Aleksandra Dulkiewicz w przemówieniach przypomina, że to zwycięstwo Solidarności 4 czerwca 1989 utorowało drogę do zjednoczenia Niemiec, a sojusz Polaków i Niemców w 1989 wspólnie napisał historię. Podkreśla się również wdzięczność za wkład Niemiec w pomoc Polsce (np. Brema jako miasto partnerskie Gdańska od 1976 r., rola Niemiec w przyjęciu Polski do UE i NATO). W ECS podpisano nawet porozumienie o współpracy z Fundacją Muru Berlińskiego – symbolem związków historii Gdańska i Berlina. 

Jednak ze strony konserwatywnej pojawiają się głosy krytyki. Niektórzy działacze i publicyści prawicowi uznali za niestosowne, by polskie miejsce pamięci (jak ECS, poświęcone ofiarom komunizmu) świętowało akurat niemieckie święto narodowe. Dzień Jedności Niemiec, choć dla Niemców radosny, w polskiej optyce brzmi inaczej – kojarzy się z nierozliczonymi krzywdami II wojny. Publicysta Maciej Naskręt pisał: „Gdańsk – miasto-symbol początku wojny i kolebka polskiej wolności – staje się tłem dla cudzej celebracji. Coś tu brzmi fałszywie”. Zwracał uwagę, że Polska do dziś nie doczekała się reparacji wojennych, a jednak to w sercu Gdańska Niemcy świętują swoją jedność. Jego zdaniem to dysonans i “dyplomatyczny nietakt”. Inni krytycy (m.in. wPolityce.pl) ironizowali, że ECS finansowane z polich funduszy użycza przestrzeni na niemieckie fetowanie

Szczególnie uroczystości w 2025 r. wywołały polemikę. W mediach społecznościowych krążyły zdjęcia z ECS ozdobionego hasłem “Tag der Deutschen Einheit”, co niektórych oburzyło. Pojawiły się wpisy, że „to nie miejsce na niemieckie święta narodowe, od tego jest konsulat”Radni PiS pytali, czy to stosowne wobec kombatantów Solidarności i ofiar wojny. Padły zarzuty, że Gdańsk znów “przesadza z filogermanizmem”

Miasto odpowiadało, że nie ma w tym nic zdrożnego – wszak Solidarność przyczyniła się do zjednoczenia Europy, a Gdańsk partneruje wielu inicjatywom z miastami niemieckimi. Zwracano uwagę, że podobne tygodnie narodowe organizowano wcześniej dla innych krajów (np. Tydzień Francuski, Brytyjski), a ECS to instytucja europejska z misją dialogu. 

Mimo tych wyjaśnień, wrażenie pewnego dysonansu pozostało u części obserwatorów. Sprawę nagłośnił portal WbijamSzpilę.pl, pisząc: „Trudno nie czuć gorzkiego zdziwienia, gdy w Europejskim Centrum Solidarności odbywają się obchody Dnia Jedności Niemiec. (…) Kraj, który wciąż czeka na moralne i finansowe rozliczenie wojennych strat, staje się tłem dla cudzej celebracji”. Autor sugerował, że to “zachwianie proporcji pamięci”, a władze Gdańska w swym kosmopolityzmie zapominają o polskiej wrażliwości historycznej. 

(FOTO: Bund der Danziger e.V./FOTO)
(FOTO: Bund der Danziger e.V./FOTO)

8. Spotkania z Bund der Danziger i kwestia Wolnego Miasta

W październiku 2025 r. w Gdańsku doszło do spotkania działaczy Bund der Danziger – niemieckiego stowarzyszenia skupiającego przedwojennych gdańszczan i ich potomków, należącego do Związku Wypędzonych (BdV). W jego trakcie odbył się wykład pt. „Gegen Danzig i Selbstnis Gdańsk” (tytuł zawierający słowa po niemiecku i kaszubsku), który wzbudził ogromne kontrowersje. Prelegenci ani razu nie określili Gdańska jako miasta polskiego, za to wielokrotnie nawiązywali do tradycji Wolnego Miasta Gdańska i snuli separatystyczne wizje. Padła sugestia, że Wolne Miasto w sensie prawnym nigdy nie przestało istnieć – zarówno w 1939, jak i 1945 r., a obywatelstwo WMG rzekomo nadal obowiązuje, bo status Gdańska nie został prawnie rozwiązany. Pojawiły się odniesienia do tzw. Rady Wolnego Miasta Gdańska na uchodźstwie (Rat der Danziger), działającej w powojennych Niemczech, która wysuwała takie tezy dekady temu. 

Weekend 14-15 października 2025 r. (wykład miał miejsce prawdopodobnie 14 X). Wydarzenie odbyło się przypuszczalnie w Ratuszu Staromiejskim lub innym obiekcie kulturalnym (niejawnie, stowarzyszenie wynajęło salę). 

Politycy i media konserwatywne zareagowali alarmem, określając to mianem “niemieckiego separatyzmu podnoszącego głowę w Gdańsku”. Telewizja Republika w materiale wskazała, że na wykładzie sugerowano de facto podważanie polskiej suwerenności nad Gdańskiem – mówiono o WMG jako autonomicznym państwie-miasto powstałym z kompromisu między Polską a Niemcami, pozostającym pod wpływem niemieckim. WPolityce.pl opisało sprawę pod tytułem: „Niemiecki separatyzm podnosi głowę. W Gdańsku odbyło się spotkanie rewizjonistów”. Autor artykułu zaznaczył prowokacyjny charakter wykładu i fakt, że budzi on “nieustanny niepokój i kontrowersje wśród Polaków”. Przywołano też niechlubną przeszłość Bund der Danziger – powiązania z Radą WMG na uchodźstwie, głoszącą hasła, że “Wolne Miasto nigdy nie przestało istnieć, a jego obywatelstwo nadal obowiązuje”. Tego typu twierdzenia określono wprost jako rewizjonistyczne i nieuprawnione

Na lokalnej scenie politycznej sprawa również wywołała dyskusję. Radni PiS pytali, jak to możliwe, że w miejskiej instytucji odbywa się wykład negujący polskość Gdańska. Domagano się wyjaśnień od władz miasta. Arcybiskup Tadeusz Wojda (metropolita gdański) też zareagował – nieoficjalnie wiadomo, że wyraził zaniepokojenie takimi inicjatywami podczas spotkania z duchowieństwem (Kościół w regionie pamięta o polskiej tożsamości Gdańska). 

Władze miasta odcięły się od merytorycznej treści spotkania, podkreślając, że nie były jego organizatorem. Zwrócono uwagę, że Bund der Danziger od lat organizuje okazjonalne zjazdy dawnych gdańszczan – np. Dzień Gdańszczanina – i wcześniej nie budziło to zastrzeżeń, bo skupiano się na dialogu i zbieraniu pamiątek (sam Paweł Adamowicz uczestniczył w takich zjazdach w Lubece, apelując do byłych gdańszczan o przekazywanie pamiątek do muzeów). Tutaj jednak przekroczono granicę: jeśli rzeczywiście głoszono tezy o rzekomej ciągłości Wolnego Miasta, to władze miasta „nie podzielają takich poglądów”. Zapewniono, że Gdańsk był i jest polski, a wszelkie dyskusje muszą respektować prawo historyczne. 

Mimo to krytycy uznali sam fakt goszczenia Bund der Danziger za kolejny dowód “proniemieckości” gdańskich elit. Wskazywano, że stowarzyszenie to otrzymuje wsparcie finansowe rządu RFN na “pielęgnację pamięci o tzw. ziemiach utraconych”, więc jego agenda budzi podejrzenia. Podnoszono, że to błąd zapraszać je do Gdańska bez nadzoru. 

9. Pieśń Wehrmachtu „Heili, Heilo” na Jarmarku św. Dominika

Podczas Jarmarku św. Dominika w Gdańsku w sierpniu 2023 r. doszło do incydentu muzycznego, który wywołał skandal. Regionalny zespół ludowy z Frankonii (Bawaria) – oficjalna delegacja partnerskiego regionu Niemiec – wystąpił na jarmarkowej scenie. Podczas swojego pokazu Niemcy zaśpiewali starą biesiadną piosenkę „Ein Heller und ein Batzen”, znaną z refrenu “Heidi, Heido, Heida” (w Polsce często przekręcanego jako “Heili, Heilo, Heila”). Utwór ten, skomponowany w XIX w., w okresie II wojny światowej stał się szalenie popularny wśród żołnierzy Wehrmachtu – był przez nich śpiewany tak często, że uchodził wręcz za nieformalny hymn Wehrmachtu. Jego skoczny refren “Heili Heilo” kojarzy się jednoznacznie z niemieckimi kolumnami wojskowymi z filmów o wojnie. 

Nagranie, na którym niemiecki zespół śpiewa tę melodię na gdańskim jarmarku, szybko trafiło do internetu i wywołało szok oraz oburzenie wielu Polaków. W mediach społecznościowych zawrzało – komentatorzy pisali o „skandalu” i „hańbie”, pytając, jak można było dopuścić pieśń Wehrmachtu w miejscu tak naznaczonym wojenną historią. Przypominano, że właśnie 84 lata wcześniej ci “heili-heilo śpiewający” żołnierze napadli na Gdańsk. Dla wielu osób, zwłaszcza rodzin ofiar wojny, było to bolesne. Lokalni działacze PiS natychmiast nagłośnili sprawę, zarzucając władzom miasta brak wyobraźni i wrażliwości historycznej przy doborze repertuaru gości. 

Organizator imprezy – Międzynarodowe Targi Gdańskie (operator Jarmarku) – oraz strona niemiecka szybko przeprosili za zaistniałą sytuację. W oświadczeniu przesłanym do PAP podkreślono, że zespół nie miał świadomości negatywnych skojarzeń tej piosenki w Polsce. Pieśń wykonali w oryginalnej ludowej wersji XIX-wiecznej, promując bawarską kulturę – niestety nie zdawali sobie sprawy, że dla Polaków melodia ta przywodzi na myśl okupanta. MTG wyjaśniły, że grupa z Frankonii przyjechała w ramach oficjalnej delegacji kulturalnej i promowała tradycyjne produkty. Delegacja ta zaczęła zresztą wizytę w Gdańsku od złożenia wieńca pod Pomnikiem Obrońców Wybrzeża na Westerplatte – co przywołano, by podkreślić, iż intencją gości nie było nikogo urażać. 

Władze miasta również wyraziły ubolewanie. Wiceprezydent Piotr Borawski spotkał się z delegacją niemiecką dzień po incydencie; strona niemiecka zapewniła, że jest jej bardzo przykro. Zapowiedziano, że na przyszłość repertuar takich występów będzie konsultowany z polskim partnerem. 

Konserwatywne media i politycy jednak nie odpuścili tematu. TVP Info, Polskie Radio 24 i portale prawicowe informowały o “skandalu w Gdańsku”, podkreślając że „niemiecki zespół śpiewał pieśń Wehrmachtu, a władze miasta to umożliwiły”. W programach publicystycznych sugerowano, iż to kolejny przejaw nadmiernej pobłażliwości Gdańska wobec niemieckiej wrażliwości, że w imię partnerstwa kulturalnego zaniedbano pamięć miejscową. Zwracano uwagę, że do incydentu doszło tuż obok Muzeum Poczty Polskiej, gdzie zginęli obrońcy 1 września 1939. Te argumenty trafiały na podatny grunt wśród części opinii. 

Z drugiej strony, wielu mieszkańców Gdańska przyjęło przeprosiny i potraktowało zdarzenie jako nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nie zaś złą wolę. Wskazywano, że młodzi muzycy z Frankonii mogli naprawdę nie wiedzieć, jak ta piosenka brzmi w polskich uszach – w Niemczech jest to dziś niewinny folklor. Niemniej jednak nauczka została odrobiona: odtąd ostrożniej dobiera się elementy programów partnerskich. 

Tramwaj Güntera Grassa (FOTO: gdansk.pl)
Tramwaj Güntera Grassa (FOTO: gdansk.pl)

10. Tramwaj Güntera Grassa – honor dla kontrowersyjnego noblisty

W lipcu 2015 r., kilka miesięcy po śmierci Güntera Grassa (słynnego pisarza, laureata literackiej Nagrody Nobla z 1999 r., urodzonego w Wolnym Mieście Gdańsku w 1927 r.), władze Gdańska postanowiły go uhonorować w przestrzeni publicznej. Jeden ze sprowadzonych z Niemiec zabytkowych tramwajów (model Düwag N8C z lat 80., odkupiony z Kassel) został przemalowany i zaaranżowany jako “tramwaj Grassa”.

Od lipca 2015 pojazd ten (nr boczny 1161) wozi pasażerów na gdańskich liniach. Cechuje go wyjątkowy wygląd: zewnętrznie pomalowany jest w historyczne barwy przedwojennego tramwaju gdańskiego (kremowo-niebieskie), a wewnątrz ściany ozdobiono obszernymi cytatami z twórczości Güntera Grassa, jego podobiznami i grafikami nawiązującymi do postaci z jego powieści (np. z „Blaszanego bębenka”). Sufit zdobi infografika przedstawiająca koleje życia Grassa, podkreślając jego związki z Gdańskiem. Tramwaj jest klimatyzowany i zmodernizowany – służy jednocześnie jako jeżdżąca instalacja artystyczno-edukacyjna upamiętniająca noblistę. 

Decyzję podjęto w kwietniu 2015 (tuż po śmierci Grassa 13.04.2015), realizacja – do końca czerwca 2015. Tramwaj kursuje od lipca 2015 do dziś. 

Uhonorowanie Güntera Grassa spotkało się z mieszanymi reakcjami. Wiele osób w Gdańsku cieszyło się – Grass to światowej sławy pisarz, honorowy obywatel miasta (tytuł nadany w 1993 r.), autor słynnej gdańskiej trylogii i ambasador pojednania polsko-niemieckiego. Tramwaj stał się atrakcją i dowodem, że miasto pamięta o swoim wybitnym synu. 

Jednak nie brakło głosów krytycznych, głównie ze środowisk patriotycznych i kombatanckich. Przypominano, że Grass pod koniec życia ujawnił swoją służbę w Waffen-SS jako nastoletni ochotnik pod koniec wojny (co wyszło na jaw w 2006 r. i wywołało kontrowersje na świecie). Zarzucano mu także, że w swoich powieściach – choćby w „Blaszanym bębenku” – ukazuje przedwojenny Gdańsk z perspektywy niemieckiej, nie eksponując polskich bohaterów. Krytycy uznali, że władze Gdańska zanadto gloryfikują Grassa, pomijając niewygodne fakty z jego życiorysu. Pojawiły się opinie, że tramwaj z cytatami Grassa to “jeżdżący pomnik nazisty” – tak skrajne sformułowania używali niektórzy komentatorzy prawicowi. Portal PolskaWolna.pl pisał wręcz o „grafomanie i zarazem SS-manie Günterze Grassie, tak hołubionym przez [prezydentów] Adamowicza i Dulkiewicz”. Te mocne słowa oddają temperaturę sporu: dla przeciwników Grass stał się symbolem “niemieckości Gdańska”, którą rzekomo czci miejscowy magistrat, ignorując polskie cierpienia. 

Przez pewien czas pojawiały się nawet postulaty, by wycofać tramwaj Grassa z ruchu – szczególnie gdy w 2019 r. toczyła się dyskusja o dekomunizacji nazw ulic (niektórzy radni PiS ironizowali, że skoro usuwa się nazwiska komunistów, to może i były esesman nie powinien patronować tramwajowi). Jednak władze Gdańska stanowczo odrzuciły takie pomysły. Przypominano, że Grass wielokrotnie przeprosił za swoją młodzieńczą fascynację wojskową, całe życie poświęcił humanistycznym wartościom i pojednaniu, a dla Gdańska zrobił bardzo wiele, promując go na świecie. Tramwaj pozostał na trasach, stając się jednym z elementów miejskiej tożsamości. 

Uroczystość odsłonięcia pomnika Brunona Zwarry (FOTO: Dominik Paszliński/gdansk.pl) 
Uroczystość odsłonięcia pomnika Brunona Zwarry (FOTO: Dominik Paszliński/gdansk.pl) 

11. Nieobecność władz Gdańska na odsłonięciu pomnika Brunona Zwarry

Brunon Zwarra (1919-2018) był zasłużonym gdańskim pisarzem i kronikarzem – Polakiem urodzonym w Wolnym Mieście, uczestnikiem konspiracji i więźniem niemieckich obozów, po wojnie autorem m.in. pięciotomowych „Wspomnień gdańskiego bówki”, opisujących życie polskich gdańszczan przed wojną i gehennę 1939 roku. Od lat starano się go upamiętnić w przestrzeni miasta.

W grudniu 2024 r., dzięki staraniom społeczników, udało się odsłonić pomnik-ławeczkę Brunona Zwarry na Biskupiej Górce – dzielnicy, gdzie się wychował. Pomnik przedstawia siedzącego na ławce starszego mężczyznę z gazetą (takiego, jakim był Zwarra), obok stoi jego pies. Stanął niedaleko miejsca, gdzie stała kamienica rodzinna Zwarry. Całe przedsięwzięcie zrealizowało Stowarzyszenie Ławeczka Brunona Zwarry, założone w 2020 r. przez mieszkańców – to oni zebrali fundusze (ok. 200 tys. zł) i doprowadzili do powstania monumentu. 

Udział w ceremonii wzięło kilkadziesiąt osób – rodzina Brunona Zwarry (córka Maria Dryżał i kuzyn Romuald Zwarra przecięli wstęgę) oraz miłośnicy historii. Zwrócono uwagę na brak na uroczystości prezydent Aleksandry Dulkiewicz ani żadnego z jej zastępców. Miasto oficjalnie reprezentował jedynie prezes spółki GAiT Maciej Lisicki (który notabene prywatnie interesuje się historią Gdańska) oraz radny miejski z PiS Przemysław Majewski. Nieobecność najwyższych władz miasta wywołała komentarze – pytano, czy to świadome zaniedbanie czy przypadek. 

Krytycy (zwłaszcza z kręgów prawicy) odczytali to jako lekceważenie polskiej pamięci w Gdańsku. Portal PolskaWolna.pl napisał, że “Dulczessa [prezydent Dulkiewicz] nie znalazła czasu, by choćby wysłać przedstawiciela na tak istotne wydarzenie”. Sugierowano, że powodem może być fakt, iż Brunon Zwarra otwarcie krytykował Güntera Grassa i niemiecką narrację o historii Gdańska. Rzeczywiście, Zwarra w swoich książkach demaskował brutalność nazistów i nie zgadzał się z “baśniowym” obrazem Wolnego Miasta obecnym u niektórych niemieckich autorów. Publicyści wskazywali, że władze Gdańska wolą hołubić Grassa niż Zwarrę, więc jego upamiętnienie pozostawiły społecznikom. “Brunon Zwarra nigdy nie krył rezerwy wobec proniemieckiej, a ściślej prohitlerowskiej narracji literackiego bożyszcza gdańskiej władzy (Grassa)” – pisał ostro autor PolskaWolna. W tym kontekście brak przedstawicieli miasta miał być znamienny. 

Z drugiej strony, miasto Gdańsk formalnie wsparło inicjatywę – pomogło w kwestiach lokalizacji i zgód (pomnik stanął na gruncie miejskim). Na portalu gdansk.pl ukazała się obszerna relacja z odsłonięcia, co świadczy, że magistrat docenił to wydarzenie. W tekście cytowano m.in. przemówienie Joanny Szymańskiej, prezes Stowarzyszenia Ławeczka Zwarry, która mówiła o nim jako “kronikarzu gdańskiej duszy” i świadku prawdziwych losów Polaków w WMG. Niektórzy tłumaczyli nieobecność prezydent kolizją z innym terminem (21 grudnia to tuż przed świętami, być może Dulkiewicz była poza Gdańskiem). Jednak wrażenie pewnego dystansu władz do tej inicjatywy pozostało. 

(FOTO: www.gdanskstrefa.pl)
(FOTO: www.gdanskstrefa.pl)

12. Kontrowersje wokół śmietników przy Ścianie Pamięci Pocztowców

Plac Obrońców Poczty Polskiej w Gdańsku to miejsce pamięci o bohaterskich pocztowcach, którzy 1 września 1939 r. stawili opór Niemcom. Na tyłach budynku muzeum Poczty znajduje się ceglana ściana pamięci – mur, pod którym Niemcy dokonali egzekucji poddających się obrońców (choć faktycznie pocztowców rozstrzelano później na Zaspie, to ten mur symbolicznie upamiętnia moment kapitulacji). Widnieje tam malowidło przedstawiające ostatnie chwile obrony. W lipcu 2020 r. wybuchła afera, gdy okazało się, że na placu ustawiono… baterię pojemników na śmieci, tuż obok tego muru pamięci. Związane to było z przygotowaniami do Jarmarku św. Dominika – firma sprzątająca SUEZ, obsługująca jarmark, zgrupowała tam kilkadziesiąt kontenerów na odpady przed rozpoczęciem imprezy. 

Widok kubłów na śmieci w tak świętym dla gdańszczan miejscu wywołał szok przechodniów i szybko trafił do internetu oraz mediów. 

Radni PiS w Gdańsku natychmiast zareagowali, oskarżając władze miasta o zbezczeszczenie miejsca pamięci. Radni Andrzej Skiba i Przemysław Majewski złożyli formalną interpelację, w której pytali: “Czy miasto zmieni lokalizację składowania pojemników, by nie godziło to w pamięć Obrońców Poczty?” oraz “W jaki sposób miasto kultywuje pamięć poległych pocztowców?”. Podkreślili, że ustawienie śmietników w bezpośrednim sąsiedztwie malowidła upamiętniającego kapitulację pocztowców jest skrajnie niestosowne i obraźliwe. Sprawę nagłośniły media – tabloidy pisały o “skandalu na placu Poczty”. Pojawiły się głosy oburzenia mieszkańców i środowisk kombatanckich. 

Władze Gdańska szybko zareagowały wyjaśnieniami i działaniem. Rzecznik prezydent Dulkiewicz, Daniel Stenzel, tłumaczył, że Plac Poczty nie miał być miejscem docelowym dla tych pojemników – ustawiono je tam tylko tymczasowo, na kilkanaście godzin, jako punkt rozdzielczy przed rozstawieniem na terenie całego Jarmarku. Podkreślił, że już następnego dnia wszystkie kontenery zostały rozwiezione na swoje miejsca i nie pozostaną na placu. Rzecznik zaznaczył też (co zostało odebrane jako niefortunne) iż “nieprawdą jest, że w tym miejscu rozstrzelano pocztowców – wywieziono ich na Zaspę”. Choć to fakt historyczny, taka uwaga zabrzmiała tak, jakby władze broniły się, że miejsce jest mniej święte – co tylko dolało oliwy do ognia krytyki. 

Firma SUEZ również wydała oświadczenie z przeprosinami. Zapewniła, że “w żaden sposób nie zamierzała obrazić niczyich uczuć”, a rozwiązanie było logistyczne i trwało krócej niż dobę. Wytłumaczono, że z powodu pandemii COVID oraz zaostrzonych wymogów segregacji odpadów liczba pojemników na jarmarku w 2020 r. była wyjątkowo duża, stąd szukano przestrzeni do ich chwilowego składowania. Wyrażono ubolewanie, że mogło to zostać źle odebrane. 

Po tych wyjaśnieniach i faktycznym usunięciu kontenerów sprawa szybko została zażegnana praktycznie – miejsce odzyskało godny wygląd. Jednak polityczny niesmak pozostał. Radni PiS sugerowali, że to objaw szerszego problemu – ich zdaniem braku należytej wrażliwości władz Gdańska na punkcie polskich miejsc pamięci. W wątku politycznym wytykano, że gdy chodzi o upamiętnienia np. Wolnego Miasta (jak rondo WMG czy tramwaj Grassa), władze są bardzo skrupulatne, a tu zaniedbano tak oczywistą rzecz. 

Władze miasta zapewniły, że to incydent jednostkowy i wyciągną wnioski organizacyjne na przyszłość. W kolejnych latach podczas Jarmarku faktycznie nie lokalizowano już zaplecza sanitarno-śmieciowego w pobliżu placu Poczty. 

Epilog – Fur Deutschland – miasto pronimieckie

Jako osobny, symboliczny epilog do tej listy warto przypomnieć wystąpienie Donalda Tuska na tle gdańskiego Żurawia, podczas którego dziękował Niemcom za „wsparcie”, „partnerstwo” i „historyczną rolę” we współczesnej Europie. Samo miejsce nie było przypadkowe – Żuraw to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Gdańska i polskiej historii handlu morskiego. W tym kontekście przekaz odebrano nie jako neutralny dyplomatyczny gest, ale jako świadomy zabieg wizerunkowy, osadzony w bardzo konkretnym tle historycznym.

Dla części opinii publicznej problemem nie były same słowa, lecz scenografia i moment. Gdańsk – miasto, od którego zaczęła się II wojna światowa – stał się dekoracją do politycznego wystąpienia z jednoznacznym przekazem pod adresem Berlina. Krytycy pytali wprost: czy naprawdę nie było innego miejsca? Czy na tle symbolu polskiej historii i męczeństwa wypada składać publiczne podziękowania państwu, które nigdy realnie nie rozliczyło się z wojennych zbrodni wobec Polski?

W efekcie to wystąpienie zaczęło funkcjonować w debacie publicznej jako kolejny element układanki, dopełniający wcześniejsze kontrowersje. Dla jednych – zwykła dyplomacja. Dla innych – mocny obraz potwierdzający tezę o przesuwaniu gdańskiej narracji w stronę niemieckiej perspektywy. I właśnie dlatego to wydarzenie, choć formalnie „poza listą”, coraz częściej pojawia się jako symboliczna klamra wszystkich wcześniejszych sporów.

Maciej Naskręt

Maciej Naskręt

Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.

Dołącz do naszej społeczności!

Śledź nas na naszych mediach społecznościowych i bądź na bieżąco!

Dodaj komentarz

Instrukcja: Możesz dodać komentarz bez podawania adresu e-mail. Jeśli jednak wpiszesz e-mail, otrzymasz powiadomienie o odpowiedziach na Twój komentarz. Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi i przestrzeganie zasad netykiety.

Uwaga: Wydawca portalu wbijamszpile.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści komentarzy publikowanych przez użytkowników. Komentarze odzwierciedlają jedynie opinie ich autorów. Zachęcamy do korzystania z kultury słowa i przestrzegania zasad netykiety.