Gdy 18-letnia Hania Barczak umierała na nowotwór, jej rodzina nadal czekała na przyznanie świadczenia wspierającego. Wniosek złożony w lipcu 2025 roku nie został rozpatrzony aż do stycznia 2026. Komisja, która miała orzec o poziomie wsparcia, planowała wizytę na… wiosnę. Państwo nie zdążyło. To nie jednostkowy przypadek – to symbol opieszałości systemu, który miał pomagać, a zamiast tego żąda pdf-ów, zdjęć i podpisów od umierających.
Trzy szybkie fakty:
• Świadczenie wspierające sięga nawet 4 000 zł miesięcznie.
• Czas oczekiwania na decyzję przekroczył 6 miesięcy zamiast 3 miesięcy.
• Wizyta komisji wyznaczona została po śmierci chorej.
Gdy państwo odwraca wzrok, a czas nie ma litości, ludzie zostają sami. Sylwia i Tomasz Barczak nie prosili o wiele. Chcieli tylko pomóc swojej umierającej córce godnie przeżyć ostatnie miesiące. Ale państwowa machina w sprawie świadczenia wspierającego działała z taką opieszałością, że nie zdążyła zareagować przed śmiercią Hani.
Czy ten system komukolwiek naprawdę pomaga?
Kiedy przestajesz być dzieckiem, tracisz prawo do opieki
Do 18. urodzin Hani sytuacja była względnie jasna – istniały mechanizmy pomocy i wsparcia. Po osiągnięciu pełnoletności z automatu przestały działać. Rodzicom pozostało 225 zł miesięcznie z MOPR. Wszystko inne – renta, opieka, świadczenie wspierające – wymagało składania nowych wniosków, załączników, potwierdzeń.
Wniosek o świadczenie wspierające, który w teorii może wynieść nawet 4 000 zł, złożono przez platformę Emp@tia już w lipcu 2025 roku. Procedura ciągnęła się miesiącami. W listopadzie, zamiast decyzji, przyszło żądanie udowodnienia, że matka jest opiekunem swojej chorej córki.
Świadczenie wspierające kontra urzędnicze realia
Urzędniczy absurd ujawnił się w pełni. Pomimo oczywistych faktów – wspólnego adresu, dokumentacji medycznej, całkowitej zależności dziecka od rodziców – system zażądał dowodów. PDF-ów, nie JPG-ów. I podpisów. Tymczasem Hania w grudniu nie była już w stanie utrzymać długopisu.
Kolejna wiadomość od urzędników: komisja, która ma ocenić stopień niesamodzielności Hani, przyjedzie wiosną 2026 roku. Sylwia Barczak odpowiedziała wtedy: „Dziękuję, Hania raczej nie będzie już wtedy zainteresowana tym świadczeniem”. 10 stycznia 2026 roku dziewczyna zmarła.
Dlaczego to dotyczy każdego z nas
Zarówno rodzice Hani, jak i tysiące innych rodzin w Polsce, zostają z niewidzialną barierą – barierą opóźnień, formularzy, nieaktualnych rozwiązań.
To nie odosobniony przypadek. W systemie, który teoretycznie pomaga, praktyka jest taka: jeśli nie masz sił walczyć z chorobą i jednocześnie z urzędem – przegrywasz. Każdy, kto trafia w tę machinę, przekonuje się, że „empatia” kończy się na nazwie platformy do składania wniosków.
Ministerstwo milczy, czas nie czeka
Za system świadczeń wspierających odpowiada Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. To ono stworzyło procedury, które wymagają komisji terenowej, punktów oceny niesamodzielności, zestawu dokumentów i cierpliwości. Ale nikt nie przewidział, że człowiek w potrzebie nie ma czasu na urzędowe kolejki.
ZUS w Skierniewicach działał – jak przyznała Sylwia Barczak – sprawnie i z życzliwością. Ale świadczenie wspierające to kompetencja innej jednostki – Wojewódzkiego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności (WZON) w Łodzi. To tam wniosek Hani czekał od lipca.
Rodzina już nie potrzebuje tego świadczenia. Hania nie dożyła decyzji. Komisja może przyjechać – adres już nie ten. Sektor F, XXI rząd, miejsce 3.
Czytaj więcej: American Airlines ukarane za złe traktowanie niepełnosprawnych
Hania Barczak chorowała na wyjątkowo złośliwą odmianę nowotworu – mięsaka Ewinga. To rzadki, ale bardzo agresywny guz kości, który w jej przypadku zaatakował lewy ud, pozbawiając ją możliwości samodzielnego chodzenia. Choroba charakteryzuje się szybkim rozwojem i wysokim ryzykiem przerzutów, co wymaga natychmiastowego i intensywnego leczenia – chemioterapii, radioterapii, często także amputacji lub rozległych operacji ortopedycznych.
Mimo cierpienia, Hania od początku mówiła wprost: chce wrócić do zdrowia i znów stanąć na nogi. W wieku 17 lat musiała walczyć nie tylko z bólem i ograniczeniami fizycznymi, ale także z brutalną rzeczywistością finansową, jaka towarzyszy leczeniu onkologicznemu w Polsce. Jej apel o wsparcie był pełen pokory i nadziei – z prośbą o każdą wpłatę, dobre słowo i gest solidarności.
Zobacz też: Rowerowa propaganda w Gdańsku usunęła miejsca dla niepełnosprawnych
mn






