Ciężko ranna sarna konała terenie ogródków działkowych w Gdańsku. Kość nogi wystawała na zewnątrz, krew płynęła po śniegu. Służby były na miejscu, ale zwierzę wypuściły na wolność. Sprawa z ul. Gronostajowej wywołała burzę. Ośrodek Okresowej Rehabilitacji Zwierząt Jelonki złożył zawiadomienie na policję. Straż Miejska ma własną wersję wydarzeń.
Dramat w ogródkach działkowych
Była około godz. 22:00. Mróz trzymał kilka stopni poniżej zera. W ogródkach działkowych przy ul. Gronostajowej ktoś zauważył sarnę zaplątaną w siatkę. Na miejsce wezwano Straż Miejską. Funkcjonariusze przyjechali. Uwolnili zwierzę z ogrodzenia.
To, co zobaczyli, miało nie pozostawiać złudzeń. Otwarty, rozległy uraz kończyny. Kość wystawała na zewnątrz. Dolna część nogi wisiała na fragmencie skóry. Widoczne krwawienie. Silny stres pourazowy. Każdy, kto widział kiedyś potrącone zwierzę, wie, jak wygląda takie cierpienie. To nie jest drobne skaleczenie. To walka o przetrwanie, minuta po minucie.
Według relacji świadków strażnicy mieli stwierdzić, że „natura sobie poradzi”. Potem odjechali. Bez wezwania lekarza weterynarii. Bez zabezpieczenia terenu. Sarna została sama. W mrozie. Z otwartym złamaniem.
Kilka godzin bez pomocy
Zwierzę przez kilka godzin pozostawało bez wsparcia. Dopiero osoby postronne postanowiły działać. Bez wsparcia służb. Kobiety, które podjęły próbę schwytania rannej sarny, były przemoczone i zmarznięte. Jak relacjonuje ośrodek, były też roztrzęsione. Nie tylko widokiem cierpienia, ale reakcją służb.
Ostatecznie udało się zabezpieczyć zwierzę. Sarna trafiła do Ośrodka Okresowej Rehabilitacji Zwierząt Jelonki. Ośrodek poinformował, że złożył zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Sprawa ma zostać wyjaśniona.
Czytaj więcej: Czarne ptaki na Motławie w Gdańsku. To rybożerne maszyny
Dwie wersje jednego zdarzenia
Straż Miejska w Gdańsku przedstawiła własne stanowisko. Według komunikatu, 15 lutego tuż przed godz. 17 wpłynęło zgłoszenie na numer 986 o sarnie zawieszonej na płocie. Strażnicy udali się na miejsce. Po poszukiwaniach odnaleźli zwierzę zaklinowane w ogrodzeniu. Mieli przystąpić do jego oswobodzenia.
Jak podano, planowali zaczekać na przyjazd myśliwego. To on miał ocenić, czy sarnę można uratować. W trakcie interwencji zwierzę miało nagle się wyswobodzić i uciec. Taki przebieg zdarzeń podaje straż. Zupełnie inny obraz wyłania się z relacji świadków i ośrodka.
Różnica dotyczy nie tylko godzin. To także kwestia decyzji podjętych na miejscu. Czy rzeczywiście nie było możliwości zabezpieczenia rannego zwierzęcia? Czy naprawdę „natura miała sobie poradzić”?
Czytaj też: Pies katowany łopatą do odśnieżania na ulicy w Gdyni
Prawo i odpowiedzialność
W Polsce znęcanie się nad zwierzętami jest przestępstwem. Ustawa mówi jasno o obowiązku udzielenia pomocy rannemu zwierzęciu. Dotyczy to również służb publicznych. Tu nie chodzi o emocje. Chodzi o procedury i odpowiedzialność. Jeśli funkcjonariusz widzi otwarte złamanie i krwotok, ma obowiązek działać.
Ośrodek zapowiada walkę o wyjaśnienie sprawy. Internauci nie kryją oburzenia. Sprawa z Gdańska pokazuje coś jeszcze. Coraz częściej to zwykli ludzie przejmują inicjatywę. Działają, gdy instytucje zawodzą. Pytanie brzmi, czy tak powinno być?
Bo jeśli w XXI wieku ciężko ranna sarna przez kilka godzin leży w mrozie, to problem jest większy niż jedno zgłoszenie na numer 986.


Zobacz też: Straż Miejska w Gdańsku będzie nagrywać interwencje
mn






