Nie billboard, nie spot wyborczy i nie kolejny film wrzucony do internetu. Robert Bąkiewicz pokazał samochód wyposażony w wielkie ekrany LED, który ma jeździć po Polsce i przypominać o aferze z Kłodzka. Chodzi o sprawę Kamili L. i Przemysława L., która od tygodni rozpala internet oraz politykę.
Teraz Bąkiewicz pyta internautów wprost: gdzie pojazd powinien się pojawić. I wygląda na to, że odpowiedzi będzie mnóstwo. Emocje wokół tej historii są nadal ogromne. Zwłaszcza że dla wielu ludzi to już nie tylko lokalny dramat, ale symbol czegoś znacznie większego.
Internet zrobił z lokalnej sprawy ogólnopolski kryzys
Jeszcze kilka lat temu podobna historia żyłaby głównie w lokalnych mediach i wieczornych serwisach telewizyjnych. Tym razem było inaczej. Sprawa z Kłodzka eksplodowała w social mediach i błyskawicznie przebiła się do ogólnopolskiej debaty.
Według analiz Res Futura Data House przeciętny internauta miał zobaczyć od czterech do sześciu wzmianek o sprawie w ciągu zaledwie kilku dni. To skala, której politycy zwyczajnie nie byli w stanie kontrolować. Algorytmy robiły swoje. Kolejne wpisy, nagrania i komentarze pojawiały się na telefonach ludzi praktycznie bez przerwy.
I właśnie do tych emocji odwołuje się dziś akcja Bąkiewicza.
Samochód wyposażony w ekrany LED ma pojawiać się w różnych miastach Polski i wyświetlać materiały związane z aferą. Wieczorem taki mobilny ekran trudno będzie przeoczyć.
Kim są Kamila L. i Przemysław L.
Tłem całej sprawy jest wyrok Sądu Okręgowego w Świdnicy. Przemysław L. został skazany na 25 lat więzienia za wieloletnie wykorzystywanie seksualne dzieci, w tym własnej pasierbicy, a także za zoofilię. Według śledczych proceder miał trwać ponad dekadę. Zabezpieczono setki gigabajtów nagrań i materiałów.
Wyrok jest nieprawomocny, ale sprawa już wywołała polityczne trzęsienie ziemi.
Kilka dni później sąd skazał także Kamilę L. Kobieta usłyszała wyrok 6,5 roku więzienia za nieudzielenie pomocy małoletniej córce oraz współudział w znęcaniu się nad zwierzętami. Proces wywołał ogromne emocje, bo na sali sądowej pojawiały się wstrząsające szczegóły dotyczące sytuacji dzieci.
I wtedy sprawa weszła na poziom polityczny.
Zdjęcia z politykami i polityczny pożar
Kamila L. była wcześniej związana ze środowiskiem Koalicji Obywatelskiej w powiecie kłodzkim. Kandydowała z list Platformy Obywatelskiej do rady miejskiej i publikowała zdjęcia z politykami KO. To wystarczyło, by internet ruszył lawinowo.
Według analiz aż 80 proc. komentarzy dotyczących sprawy odnosiło się bezpośrednio do Koalicji Obywatelskiej, podczas gdy sama Kamila L. pojawiała się tylko w części wpisów. Mechanizm sieci zadziałał błyskawicznie – nazwiska mogą umknąć, ale partyjny szyld zostaje w pamięci.
Opozycja zaczęła pytać o odpowiedzialność środowiska politycznego i relacje z Kamilą L. Z kolei premier Donald Tusk mówił o politycznym wykorzystywaniu tragedii dzieci i podkreślał, że sprawcy zostali skazani przez sąd.
Tyle że internet już żył własnym życiem.
Czytaj też: Pożar w KO po aferze w Kłodzku. Skandal poza kontrolą
Bąkiewicz chce przypominać o sprawie
Robert Bąkiewicz nie ukrywa, że jego akcja ma charakter polityczny i społeczny jednocześnie. Pokazując samochód z ekranami LED napisał krótkie pytanie do internautów: „Gdzie miałby pojechać?”.
Pod wpisem momentalnie pojawiły się setki komentarzy. Ludzie wskazywali Warszawę, Wrocław, Poznań, Gdańsk i mniejsze miasta. Część chce, by pojazd pojawił się pod biurami poselskimi albo podczas wydarzeń politycznych.
Są też głosy krytyczne. Niektórzy uważają, że wykorzystywanie tragedii dzieci w politycznej wojnie przekracza granice. Inni odpowiadają, że spraw o takim ciężarze nie można zamiatać pod dywan.
I chyba właśnie dlatego temat nie znika. Bo dla wielu ludzi to już nie jest zwykły polityczny spór. Raczej pytanie o odpowiedzialność, reakcję otoczenia i o to, jak łatwo internet potrafi zamienić lokalną historię w ogólnopolski pożar.
Zobacz też: Sprawa działaczki KO w Kłodzku wstrząsa. Gdańsk miał podobny skandal
mn





