Aleksandra Dulkiewicz wygłosiła na Westerplatte przemówienie o Leningradzie, niemieckim obozie Kulmhof, deportacjach do Kazachstanu, kobietach na Ukrainie i słowach przypisywanych Winstonowi Churchillowi. Zabrakło natomiast prostego przypomnienia, że 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę, a kilkanaście dni później do agresji przyłączył się Związek Sowiecki. Wojna w opowieści prezydent Gdańska stała się ślepym i głuchym żywiołem, który przyszedł sam. Bez nazwiska, munduru i czerwonej gwiazdy.
Nie mam problemu z przypominaniem o cierpieniu mieszkańców Leningradu. Niemiecka blokada miasta była jedną z największych tragedii II wojny światowej. Ludzie umierali z głodu, zimna i wycieńczenia. Nie trzeba tego podważać ani umniejszać ofiarom, żeby zauważyć zasadniczy problem.
Aleksandra Dulkiewicz opowiadała o Leningradzie nie podczas konferencji historycznej poświęconej frontowi wschodniemu. Mówiła 1 września na Westerplatte – w miejscu-symbolu niemieckiej napaści na Polskę.
I właśnie dlatego dobór słów oraz przemilczeń ma znaczenie.
Wielki huk, ale kto strzelał?
Prezydent Gdańska rozpoczęła od obrońców Westerplatte i Poczty Polskiej, którym – jak zaznaczyła – należy się pamięć i wieczna chwała. Chwilę później przeszła jednak do cywilów z Nowego Portu, których ze snu poderwał „wielki huk”.
Huk rzeczywiście był wielki. Tylko skąd się wziął?
W przemówieniu nie padło proste i jednoznaczne zdanie: 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę. Niemcy zostały później wymienione w kontekście obozu zagłady Kulmhof, ale sam atak na Westerplatte przedstawiono niemal jak nagłe zjawisko atmosferyczne.
To charakterystyczne dla całego wystąpienia. Wojna „przychodzi”, wojna „jest ślepa i głucha”, wojna „nie zna płci ani wieku”. Sprawcy rozpływają się w humanitarnej mgle.
Tymczasem wojny nie przychodzą same. Ktoś przygotowuje napaść, ktoś wydaje rozkazy, ktoś strzela i ktoś przekracza granicę.
„Wyzwalanie” przez gwałt
Najbardziej osobliwe zdanie padło, gdy Dulkiewicz wspomniała o kobietach w „wyzwalanym przez Armię Czerwoną Gdańsku”. Zaraz potem mówiła o gwałtach jako metodzie prowadzenia wojny.
Trudno o bardziej absurdalny językowy fikołek. Jeżeli nadciągająca armia gwałci kobiety, morduje mieszkańców, rabuje mienie i ustanawia podporządkowany Moskwie system, określanie jej działań mianem „wyzwalania” brzmi jak kalka z minionej epoki.
Muzeum II Wojny Światowej pisze o zajęciu i zdobyciu Gdańska przez wojska sowieckie. Przypomina, że dla pozostałej w mieście ludności rozpoczął się okres terroru, gwałtów i grabieży. Podkreśla również, że wyparcie wojsk niemieckich nie przyniosło mieszkańcom wolności.
Dulkiewicz mówi natomiast o kobietach, które „wiedziały”, czym jest wojna. Nie mówi wprost, kto je gwałcił.
Podobny zabieg zastosowała w odniesieniu do Ukrainy. Wspomniała o kobietach „na froncie”, ale nie nazwała rosyjskiego agresora. Ponownie dowiedzieliśmy się, co robi wojna, lecz nie usłyszeliśmy, kto dokonuje zbrodni.
Gwałt nie „staje się” metodą prowadzenia wojny sam z siebie. Ktoś czyni z niego narzędzie terroru.
Leningrad bez 17 września
Największy problem pojawia się jednak w opowieści o Leningradzie.
Dulkiewicz przypomniała cierpienie mieszkańców sowieckiego miasta, ale nie dodała, że jeszcze w 1939 roku Związek Sowiecki współpracował z III Rzeszą przeciwko Polsce. Nie wspomniała o pakcie Ribbentrop–Mołotow, tajnym podziale Europy ani sowieckiej napaści z 17 września.
Polskie źródła historyczne przypominają wprost, że Armia Czerwona wkroczyła do Polski, realizując ustalenia zawarte z Niemcami, a konsekwencją współpracy dwóch totalitaryzmów był kolejny rozbiór Rzeczypospolitej.
Związek Sowiecki pojawia się więc w przemówieniu jako sprawca deportacji w 1936 roku i jako ofiara niemieckiego ataku w 1941 roku. Znika dokładnie w roku 1939 – tam, gdzie należałoby przypomnieć, że razem z Hitlerem napadł na Polskę.
Nie wiem, czy było to świadome przemilczenie. Wiem natomiast, jaki jest jego efekt: słuchacz otrzymuje historię starannie pozbawioną jednego z najważniejszych faktów związanych z początkiem II wojny światowej.
Przedwojenna deportacja jako przykład okrucieństwa wojny
Prezydent Gdańska przywołała również przeprowadzoną w 1936 roku deportację polskich i niemieckich rodzin z sowieckiej Ukrainy do Kazachstanu. Fakty i liczby są zasadniczo prawidłowe. Wywieziono około 70 tys. osób, w większości Polaków.
Problem polega na czymś innym.
Dulkiewicz zapowiedziała przykłady pokazujące, „jak okrutnie wojna obchodzi się z cywilami”, po czym opowiedziała o zbrodni dokonanej trzy lata przed wybuchem II wojny światowej. Deportacja była stalinowską represją oraz czystką etniczną, a nie działaniem wojennym.
Nazwanie jej „akcją zwiastującą globalny konflikt” brzmi efektownie, ale jest publicystyczną nadbudową. To próba połączenia różnych rocznic jednym moralnym hasłem, nawet jeżeli historycznie do siebie nie pasują.
W efekcie przemówienie zaczyna przypominać rocznicowy referat: 85 lat od Kulmhof, 85 lat od blokady Leningradu, 90 lat od deportacji do Kazachstanu. Westerplatte staje się jedynie scenografią dla opowieści o wojnie w ogóle.
„Ponoć Churchill mawiał”
Osobliwie brzmi również rozpoczęcie jednej z głównych części przemówienia od słów: „Ponoć Winston Churchill mawiał, że wojna to męska rzecz”.
„Ponoć” jest tutaj słowem kluczowym. Trudno wskazać wiarygodne źródło tej wypowiedzi. Nawet polskie instytucje piszą ostrożnie, że jest to powiedzenie, które tradycja jedynie przypisuje Churchillowi.
Na Westerplatte usłyszeliśmy więc cytat z kategorii: ktoś podobno kiedyś coś powiedział. Następnie wokół tego niepewnego zdania zbudowano rozważania o płci, wieku i cywilnych ofiarach wojny.
Sama teza, że wojna dotyka również kobiety, dzieci i osoby starsze, jest oczywiście prawdziwa. Trudno jednak uznać ją za szczególnie odkrywcze przesłanie 87 lat po wybuchu najbardziej krwawego konfliktu w historii.
Pokój nie powstaje z zaklęć
Na zakończenie Dulkiewicz stwierdziła, że hasło „Nigdy więcej wojny” zobowiązuje nas, abyśmy robili wszystko, żeby wojny uniknąć. Wśród sposobów wymieniła edukację, kulturę, wzajemny szacunek oraz solidarność ze słabszymi.
Brzmi pięknie. Problem w tym, że historia 1939 roku uczy również czegoś zupełnie innego.
Pokój nie zawsze można uratować ustępstwami, dobrymi intencjami i wzajemnym szacunkiem. Europa próbowała uniknąć wojny, pozwalając Hitlerowi na kolejne żądania i podboje. Polityka ustępstw nie zatrzymała agresora. Przekonała go, że może posunąć się jeszcze dalej.
Pokój wymaga nie tylko edukacji i kultury, ale również silnego państwa, sprawnej armii, odstraszania oraz sojuszników gotowych rzeczywiście przyjść z pomocą. Zwłaszcza dzisiaj, gdy za polską granicą trwa wojna wywołana przez Rosję.
Zobacz też: Prezydent Nawrocki: Niemcy nie potrzebowali Hitlera, by gardzić Polską
Wojna jednak ma sprawców
Przemówienie Aleksandry Dulkiewicz nie było zbiorem fałszywych dat i zmyślonych liczb. Blokada Leningradu rzeczywiście trwała niemal 900 dni, liczba jej cywilnych ofiar mogła sięgnąć miliona, a około 70 tys. ludzi zostało deportowanych do Kazachstanu.
Problemem nie są liczby. Problemem jest opowieść, którą z tych liczb zbudowano.
Na Westerplatte prezydent Gdańska potrafiła wymienić Leningrad, Kulmhof i kazachski step. Nie potrafiła natomiast powiedzieć wprost, że Niemcy napadły na Polskę, a Związek Sowiecki przyłączył się do agresji.
Wojna nie jest ślepa. Ślepa może być jedynie narracja, która nie chce zobaczyć jej sprawców.
A 1 września na Westerplatte takie przemilczenie wybrzmiewa wyjątkowo głośno.
mn
Nie kończ na jednym tekście
Lokalne newsy, szpile, kulisy i tematy, które często zaczynają się tam, gdzie inni kończą komunikatem prasowym.





