To miała być sesja o sukcesach miasta, inwestycjach i stabilnym budżecie. W praktyce wotum zaufania dla Aleksandry Dulkiewicz zostało udzielone w cieniu protestu mieszkańców, którzy przyszli pod urząd z bardzo konkretnym komunikatem: Gdańsk nie słucha ludzi. Nie wszystkich dopuszczono do głosu, emocje rosły, a przed magistratem padały słowa o „zabetonowanym” urzędzie i władzy odgrodzonej od codziennych problemów. Formalnie prezydent Gdańska może mówić o zwycięstwie. Politycznie – obraz jest dużo mniej wygodny.
Protest przed urzędem
W Gdańsku odbył się protest przeciwko lekceważeniu rad dzielnic, ale szybko było jasne, że chodzi o coś więcej. Mieszkańcy mówili o deweloperce, braku rozmowy, ograniczaniu wpływu na decyzje i poczuciu, że miasto działa jakby pod szklanym kloszem. Ładnie wygląda z zewnątrz, ale zwykły człowiek odbija się od ściany.
Jeden z protestujących nie owijał w bawełnę. Pytany o referendum w sprawie odwołania Aleksandry Dulkiewicz odpowiedział:
Jesteśmy za, jesteśmy za.
Drugi dodał jeszcze mocniej:
Dwoma rękami i dwoma nogami”. Jako jeden z powodów wskazywał sprawę ciepła. „Za ciepło. 9 mln euro. Co roku idzie do Lipska. 9 mln” – mówił.
Ten sam mieszkaniec przeszedł potem do sedna, czyli sposobu traktowania ludzi przez urząd.
Zamknęła się w Urzędzie Miejskim, prawda? Zabetonowali się. Nie można w ogóle tam wejść – mówił.
W rozmowie padło pytanie, czy urząd stoi plecami do mieszkańca. Odpowiedź była krótka: „Właśnie plecami stoi do mieszkańców”.
To są zdania, które politycy mogą lekceważyć jako emocje. Ale takie emocje nie biorą się znikąd. Ktoś czeka miesiącami na odpowiedź, ktoś widzi kolejną inwestycję za oknem, ktoś przychodzi na konsultacje i wychodzi z poczuciem, że wszystko już dawno było ustalone. Potem zostaje transparent i krzyk pod urzędem.
Mieszkańcy z limitem – Dulkiewicz z wotum zaufania
Największy zgrzyt dotyczył udziału mieszkańców w debacie nad raportem o stanie miasta. Głos zabrało 15 osób, każda miała po 5 minut. Władze mogą powiedzieć: procedura. Tyle że protestujący i opozycja wskazywali, że chętnych było więcej, a Rada Miasta mogła dopuścić większą liczbę osób.
W relacji z protestu padło wprost, że na sesji „decyzją rządzących została dopuszczona do dyskusji tylko część mieszkańców”. I to zdanie dobrze opisuje polityczny problem tej sesji. Bo jeżeli władze Gdańska mówią o dialogu, a w momencie realnego sporu mieszkańcy słyszą, że limit się skończył, to trudno potem sprzedawać opowieść o mieście otwartym.
Przedstawiciele rządzących tłumaczyli, że „co do zasady to jest 15 osób”, a rada może postanowić, że będzie ich więcej. Wskazywali też, że wniosek w tej sprawie pojawił się zbyt późno.
No właśnie. Bo w Gdańsku każdą ostrzejszą krytykę bardzo łatwo wrzucić do worka z polityką. Tylko że problemy dzielnic nie znikają od tego, że ktoś nazwie je partyjną awanturą.
Czytaj też: Gdańsk: tylko 15 mieszkańców wystąpi na sesji. Opozycja mówi o skandalu
Wotum zaufania mimo napięcia
Mimo protestu radni udzielili Aleksandrze Dulkiewicz wotum zaufania za 2025 rok. Wśród 34 głosujących za było 28 radnych, przeciwko 8, nikt nie wstrzymał się od głosu. Rada przegłosowała też absolutorium z wykonania budżetu – 26 radnych było za, 8 przeciw.
Prezydent Gdańska przedstawiała raport jako potwierdzenie stabilnego rozwoju.
Gdańsk rozwija się w sposób stabilny, odpowiedzialny i konsekwentny – mówiła Aleksandra Dulkiewicz.
Podkreślała też, że miasto podpisało umowy na prawie 2 mld zł, w tym pozyskało ponad 1,1 mld zł ze środków zewnętrznych z Unii Europejskiej.
Z punktu widzenia rządzącej większości to mocne liczby. Z punktu widzenia mieszkańca, który nie może dopchać się do mównicy albo ma poczucie, że decyzje zapadają ponad jego głową – już niekoniecznie. Bo co z tego, że w raporcie wszystko się zgadza, skoro człowiek na dole słyszy: proszę czekać, nie teraz, nie ma miejsca.

Raport jak folder
Opozycja uderzała właśnie w ten kontrast między oficjalnym obrazem miasta a nastrojami części mieszkańców. Tomasz Rakowski, przewodniczący klubu PiS w Radzie Miasta Gdańska, mówił, że raport jest „piękny jak folder reklamowy”, ale opisuje miasto, którego „znaczna część Gdańszczan po prostu nie rozpoznaje”. Dodał też, że absolutorium nie jest „recenzją jakiegoś albumu ze zdjęciami”, tylko pytaniem o to, czy władze panowały nad tym, co działo się w miejskich jednostkach.
To mocna diagnoza, ale dobrze trafia w atmosferę sesji. Rządzący mówili o inwestycjach, rankingach, rozwoju i sprawności. Protestujący odpowiadali: „Czyny, a nie słowa”. Jeden z mieszkańców mówił: „Przecież my oceniamy ich po tym, jak oni nas ignorowali, jak oni ignorują, jak oni ignorowali nas na spotkaniach ostatnich, organizowanych w sprawie planu”.
Tu jest prawdziwy konflikt. Nie o jeden dokument i nie o jedno głosowanie. To spór o to, czy Gdańsk jest zarządzany z mieszkańcami, czy raczej obok nich.
Miasto chwali liczby
W raporcie nie brakuje danych, którymi władze mogą się chwalić. Gdańsk miał osiągnąć rekordową liczbę 489 328 mieszkańców. Budżet po stronie wydatków wykonano w 92,9 proc. planu. Nadwyżka operacyjna wyniosła 217,5 mln zł, a nadwyżka budżetowa 24,2 mln zł. Na edukację przeznaczono 2,3 mld zł, a na komunikację miejską 1,2 mld zł.
Są też inwestycje: żłobki, szkoły, drogi, komunikacja, projekty społeczne. Na papierze wygląda to porządnie. Tylko papier ma jedną wadę – nie odpowiada mieszkańcowi, gdy ten pyta, dlaczego jego rada dzielnicy jest pomijana, dlaczego konsultacje nie dają efektu albo dlaczego do dyskusji wpuszcza się tylko wybraną liczbę osób.
Czytaj też: Raport o stanie Gdańska za 2025 rok. Widać coraz więcej problemów
Referendum jako ostrzeżenie
Podczas protestu wracał temat referendum. Jedni mówili o nim zdecydowanie, inni ostrożniej, ale sama obecność tego hasła pokazuje skalę frustracji. „Obowiązkowo” – odpowiedziała jedna z kobiet pytana, czy jest za przeprowadzeniem referendum w Gdańsku. Inny rozmówca stwierdził: „Oczywiście”, gdy pytano go o taki scenariusz.
Na razie władze mają większość w radzie i przegłosowane wotum zaufania. Tego nikt im nie odbiera. Ale głosowanie nie kasuje problemu. Jeżeli mieszkańcy słyszą od miasta opowieść o wspólnocie, a pod urzędem mówią o lekceważeniu, zamkniętych drzwiach i braku wpływu, to znaczy, że coś pęka.
Wotum zaufania zostało udzielone. Prezydent Gdańska wyszła z sesji z formalnym poparciem. Ale mieszkańcy, którzy stali przed urzędem, dali własne wotum – tyle że nieufności. I tego w miejskim raporcie już tak łatwo nie da się przykryć tabelką.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.





