Biblioteka Społeczna na Stogach – biblioteka Jana Urbanika – nie jest już tylko cichą sprawą jednego człowieka i jego regałów. Po rozmowie z Janem Urbanikiem, 83-letnim twórcą miejsca, które od 18 lat działa na Stogach, do biblioteki pofatygowali się przedstawiciele miasta. Spotkanie odbyło się po tym, jak Urbanik publicznie mówił o chorobie, braku następcy i realnym ryzyku końca biblioteki. Teraz sprawą ma zająć się Wydział Rozwoju Społecznego. Brzmi jak początek konkretu. Ale konkret dopiero musi się wydarzyć.
„Spotkanie było owocne” – przekazał redakcji WbijamSzpile.pl Jan Urbanik po rozmowie z przedstawicielami miasta. Dodał, że Wydział Rozwoju Społecznego ma dalej analizować przyszłość Biblioteki Społecznej na Stogach i rozważyć, w jakim kierunku powinna pójść jej działalność.
To ważny zwrot, bo jeszcze niedawno założyciel biblioteki mówił nam bez ogródek, że został z problemem sam. A problem ma 31 tys. książek, 18 lat historii i bardzo konkretną twarz człowieka, który zamiast spokojnej emerytury wybrał codzienną pracę społeczną.
Wiceprezydent przy stole z Urbanikiem
O spotkaniu poinformowała w mediach społecznościowych Monika Chabior, wiceprezydent Gdańska. Opisała Jana Urbanika jako „miłośnika książek i praktyka codziennej solidarności”.
Spotkanie z wyjątkowym człowiekiem w wyjątkowym miejscu – napisała Chabior.
We wpisie podkreśliła, że Biblioteka Społeczna na Stogach prowadzona przez stowarzyszenie „Przyjazne Pomorze” to nie tylko miejsce z książkami. Jak zaznaczyła, Urbanik „zorganizował wyjątkowy księgozbiór, który udostępnia społeczności”. Dodała też, że jest tam „dom sąsiedzki, świetlica dla dzieci, samopomoc sąsiedzka”.
To nie jest bez znaczenia. Przez lata biblioteka na Stogach była czymś więcej niż lokalem z półkami. Dla dzieciaków jest miejscem, gdzie można było usiąść przy komputerze, zanim internet stał się tak oczywisty jak prąd w gniazdku. Z kolei dla mieszkańców – punktem kontaktu. Natomiast dla samego Urbanika – sensem codzienności.
„Znamy się od bardzo dawna”
Chabior we wpisie zaznaczyła, że zna to miejsce od dawna.
Znamy się od bardzo dawna (policzyliśmy dziś, że to już 18 lat!)” – napisała wiceprezydent Gdańska.
Dodała, że rozmowa dotyczyła przyszłości biblioteki.
Dziś spotkaliśmy się, aby rozmawiać o przyszłości tego miejsca, co wymaga namysłu od całej społeczności – stwierdziła.
To zdanie jest kluczowe. Bo sprawa możliwe, że nie sprowadza się do jednego podpisu pod dotacją albo do sympatycznego zdjęcia przy stole. Biblioteka Jana Urbanika od lat żyje dzięki uporowi, pracy społecznej i prywatnemu zaangażowaniu. Taki model może wzruszać. Może też imponować. Ale na dłuższą metę jest kruchy jak szyba w starym lokalu, którą ktoś jeszcze wczoraj zaklejał taśmą, bo tak trzeba.
Urbanik ma 83 lata. Choruje na raka prostaty z przerzutami do kości. Sam mówił nam wcześniej, że nie wie, czy zostały mu miesiące, czy rok. W takich okolicznościach pytanie o następcę nie jest formalnością. To pytanie o być albo nie być miejsca, które przez 18 lat wrosło w Stogi.
Od Stara z książkami do społecznej biblioteki
Historia Urbanika zaczęła się daleko od Gdańska. Urodził się na Podkarpaciu, później mieszkał w Oświęcimiu. Do Gdańska przyjechał w 1968 roku, do powstających Fosforów. Jak wspominał, firma potrzebowała chemików i ściągała ludzi z całej Polski. W Oświęcimiu nie miał szans na mieszkanie, w Gdańsku było inaczej.
Za nim przyjechał ciężarowy Star z 3 tys. książek.
Od zawsze miałem fioła na punkcie książek – mówił Urbanik w rozmowie z WbijamSzpile.pl.
Najpierw chciał stworzyć antykwariat. Później, gdy pojawiły się komputery, zaczął katalogować zbiory. I wtedy, jak sam tłumaczył, zrozumiał, że to nie jest „kupa książek”, ale kolekcja.
Wartość kolekcji to nie to samo, co wartość stosu. To jak różnica między torbą pereł a kolią – mówił.
Ten obraz dobrze tłumaczy, o co dziś toczy się gra. Nie chodzi o przypadkowe kartony z drukiem. Chodzi o księgozbiór, który przez lata był porządkowany, opisywany, udostępniany i obudowywany relacjami.

Kiedyś współpraca działała
W rozmowie z redakcją WbijamSzpile.pl po spotkaniu z miastem Urbanik zwrócił uwagę na jeszcze jeden wątek. Jego zdaniem najlepsze lata funkcjonowania biblioteki przypadały na okres do 2018 roku.
Według Urbanika wtedy współpraca z miastem układała się bardzo dobrze. Jak zaznaczył, w Wydziale Rozwoju Społecznego pracowali wówczas inni ludzie, a biblioteka miała poczucie realnego kontaktu i zrozumienia po stronie urzędników.
To ważne, bo pokazuje, że sprawa nie musi zaczynać się od zera. Model współpracy już kiedyś istniał. Urbanik nie opowiada o abstrakcyjnej pomocy, tylko o okresie, który – w jego ocenie – działał. Dziś pytanie brzmi, czy miasto potrafi do tej dobrej praktyki wrócić, oczywiście w nowych warunkach i przy dramatycznie innym położeniu samego założyciela biblioteki.
Bo czas jest tu najgorszym doradcą. Nie czeka.
31 tys. książek i brak następcy – biblioteka Jana Urbanika
W katalogu elektronicznym Biblioteki Społecznej na Stogach znajduje się 31 tys. książek. Rekordów bibliotecznych jest około 50 tys., bo część czasopism rozpisano także według autorów. To efekt lat żmudnej pracy, w większości wykonywanej bez wynagrodzenia.
Urbanik opowiadał, że przez 18 lat był szefem biblioteki za darmo. Do jej utrzymania dokładał z emerytury. Kiedyś nawet pół świadczenia. Przestał kupować książki dopiero wtedy, gdy sytuacja zdrowotna i finansowa zaczęła go mocniej ograniczać.
Biblioteka ruszyła w czerwcu 2008 roku, w Dzień Dziecka. Lokal wcześniej przez 7 miesięcy stał pusty. Były powybijane szyby, brak prądu, brak łazienki. Pierwsze 10 tys. zł od ludzi dobrej woli musiało wystarczyć na remont, instalację, skrobanie farby i podstawowe prace. Pomagali wolontariusze. Także dzieci.
Później przyszły komputery. Urbanik kupił z demobilu w Fosforach sześć sztuk po 20 zł za jedną. Dziś to może brzmieć jak anegdota z innej epoki, ale wtedy działało. Dzieci przychodziły do komputerów, a przy okazji sięgały po książki. Prosty mechanizm. Bardzo skuteczny.
Czytaj też: Biblioteka Jana Urbanika ze Stogów na krawędzi. „Książki można zmielić lub spalić”
„Książki można zmielić. Spalić”
Najmocniej wybrzmiały jednak słowa Urbanika o tym, co może stać się ze zbiorem, jeżeli nikt nie przejmie odpowiedzialności za bibliotekę.
Książki można zmielić. Spalić. Tak się dzieje – mówił.
Nie była to figura retoryczna dla efektu. Raczej chłodne stwierdzenie człowieka, który wie, jak kończą zbiory bez gospodarza. Bez lokalu, bez opiekuna, bez instytucji albo ludzi, którzy wezmą za nie odpowiedzialność.
I właśnie dlatego wizyta władz miasta jest ważna. Nie dlatego, że pojawiło się zdjęcie na Facebooku. Ważna jest dlatego, że po latach pracy jednego człowieka sprawa trafiła z powrotem na urzędowy stół. Teraz jednak słowa będą miały znaczenie tylko wtedy, gdy przełożą się na rozwiązanie.
Następca, pieniądze, organizacja – bez tego biblioteka nadal pozostanie na krawędzi.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.





