Gdyby wojna z Rosją zaczęła się dziś, Polska miałaby znacznie mniej czasu i znacznie mniej gotowych sił, niż wielu obywateli mogłoby zakładać. Według środowej „Rzeczpospolitej” w pierwszych godzinach ewentualnego rosyjskiego ataku do walki realnie mogłyby wejść tylko dwie dywizje wojsk lądowych. Na papierze wygląda to lepiej, bo dywizji jest sześć. Papier jednak nie zatrzyma czołgów.
Dwie dywizje na pierwszy ogień
Z informacji opisywanych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że w razie wojny z Rosją ciężar pierwszego uderzenia spadłby przede wszystkim na 16. Pomorską Dywizję Zmechanizowaną oraz 18. Dywizję Zmechanizowaną. To one mają status jednostek pierwszorzutowych.
Pierwsza z nich jest rozmieszczona w rejonie granic obwodu królewieckiego. Druga stacjonuje wzdłuż granicy z Białorusią. Innymi słowy, mówimy o formacjach ustawionych tam, gdzie napięcie nie jest teorią z mapy sztabowej, tylko codziennym elementem bezpieczeństwa państwa.
Problem w tym, że nawet te dywizje nie są jeszcze w 100 proc. domknięte organizacyjnie. Jak podaje gazeta, nie zakończyły formowania wszystkich nowych struktur. Gotowość do walki nie oznacza więc pełnego komfortu. Raczej działanie pod presją i z tym, co jest dostępne tu i teraz.

Reszta potrzebowałaby czasu
Najbardziej niepokojący fragment tej układanki dotyczy pozostałych dywizji. Polska formalnie ma ich sześć, ale dwie kolejne na wschodzie kraju dopiero powstają. Chodzi o 1. Dywizję Piechoty Legionów oraz 8. Dywizję Piechoty Armii Krajowej.
W praktyce oznacza to, że w pierwszej fazie wojny nie można byłoby traktować ich jak w pełni gotowych formacji, które natychmiast zamykają lukę na froncie. Budowanie dywizji to nie przestawienie kilku tabliczek na bramie jednostki. Potrzeba ludzi, sprzętu, dowództwa, logistyki, artylerii, zaplecza i zgrania. A to zajmuje lata.
Jeszcze inaczej wygląda sytuacja 11. i 12. Dywizji, określanych jako zachodnie. Według „Rzeczpospolitej” pozostawiono je w starszej strukturze trzybrygadowej, z pułkiem artylerii zamiast brygady artylerii. Do tego są częściowo skadrowane. Krótko mówiąc: spora część ich pododdziałów nie byłaby gotowa do walki pierwszego dnia.
Do 30 dni czekania
Gazeta przywołuje klasyfikację byłego szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesława Kukuły. Według niej jednostki pierwszego rzutu, czyli tier 1, powinny wejść do walki w ciągu 7 dni. Część z nich nawet w kilkanaście godzin.
Gorzej wygląda sytuacja jednostek drugiego rzutu, czyli tier 2. Te mogą potrzebować na uzupełnienie stanów nawet do 30 dni. Miesiąc w czasie pokoju brzmi jak niewiele. W czasie wojny to przepaść. To 30 poranków, w których zwykły mieszkaniec przygranicznego miasta pyta, czy dziś będzie ewakuacja. To 30 nocy, podczas których żołnierze na pierwszej linii muszą trzymać pozycje, bo wsparcie dopiero się zbiera.
I właśnie tu kończy się wygodna opowieść o wielkich kontraktach zbrojeniowych. Zamówiony sprzęt ma znaczenie, oczywiście. Ale jeśli wojna przychodzi przed dostawą, przed przeszkoleniem i przed zbudowaniem struktur, to państwo musi walczyć nie planem na przyszłość, lecz realnym stanem na dziś.

Zobacz też: Czy rząd przekazał w tajemnicy Ukrainie pociski do systemu Patriot?
Modernizacja nie daje efektu od razu
Według „Rzeczpospolitej” rozbudowa i przezbrojenie armii idą zgodnie z harmonogramami. To ważna informacja, bo nie chodzi o prosty zarzut, że nic się nie dzieje. Dzieje się. Tyle że tempo budowy wojska jest brutalnie wolniejsze niż tempo, w jakim może zmienić się sytuacja za wschodnią granicą.
Na ukończenie nowych formacji i wzmocnienie dywizji zachodnich trzeba będzie czekać co najmniej do 2040 r. Powód jest prozaiczny, ale poważny: utworzenie nowej dywizji trwa zwykle nie mniej niż 10 lat. W obecnych warunkach, jak wynika z opisywanych ustaleń, tego procesu nie da się po prostu przyspieszyć.
To brzmi mało efektownie. Żadnego politycznego fajerwerku, żadnego prostego hasła. Ale właśnie tak wygląda bezpieczeństwo państwa od środka: długo, drogo, mozolnie i bez gwarancji, że przeciwnik poczeka, aż wszystko zostanie dopięte.
Czytaj też: 400 lat od szwedzkiego ataku na ujście Wisły i Gdańsk
Pytanie o realną gotowość
Najważniejszy wniosek jest niewygodny. Polska ma ambitne plany rozbudowy armii, ale w razie nagłego ataku liczyłoby się to, co już stoi w koszarach, co ma amunicję, ludzi i zdolność ruszenia do walki. Nie za rok. Nie po dostawie. Nie po zakończeniu formowania. Dziś.
Dwie dywizje gotowe do wejścia w walkę od pierwszych godzin to poważna siła, ale trudno uznać ją za bezpieczny margines dla państwa frontowego. Zwłaszcza gdy mowa o Rosji, która od lat pokazuje, że siła militarna jest dla niej narzędziem polityki, a nie tylko elementem defilady.
W tej sprawie nie potrzeba paniki. Potrzeba trzeźwości. Bo obywatel ma prawo wiedzieć, czy za wielkimi zapowiedziami stoi realna gotowość na najgorszy scenariusz. A z informacji „Rzeczpospolitej” wynika, że droga do takiej gotowości jest jeszcze długa. Bardzo długa.
mn
Nie kończ na jednym tekście
Lokalne newsy, szpile, kulisy i tematy, które często zaczynają się tam, gdzie inni kończą komunikatem prasowym.





