Po zatrzymaniu urzędnika Gdańskiego Zarządu Dróg pytania coraz mocniej kierują się w stronę wiceprezydenta Piotra Borawskiego, odpowiedzialnego za ten obszar w mieście. Na briefingu przed dziennikarzami Borawski się jednak nie pojawił. Z afery tłumaczył się rzecznik prezydent Aleksandry Dulkiewicz, a miasto zapowiedziało audyt – dopiero po akcji CBA i prokuratury.
Najpierw CBA, potem audyt
Miasto zapewnia, że sprzedaż działek na Wyspie Sobieszewskiej nie doszła do skutku. Rzecznik Daniel Stenzel przekonywał, że „sprzedaż tej działki została wstrzymana”, a teren nadal pozostaje w zasobie Gdańska.
Według jego relacji chodziło nie o samodzielną działkę budowlaną, lecz o trzy fragmenty przylegające do nieruchomości przedsiębiorcy. Padały powierzchnie: 14 m², 36 m² i 400 m². Rzecznik tłumaczył, że były to elementy związane ze ślepą drogą dojazdową. Prokuratura wcześniej mówiła o działce o powierzchni 156 m². Już sama ta rozbieżność pokazuje, że sprawa wymaga porządnego wyjaśnienia, a nie komunikacyjnego pudrowania.
Najważniejsze jest jednak coś innego. Urzędnik GZD miał przygotowywać opinię, która mogła mieć znaczenie dla bezprzetargowego zbycia miejskiego gruntu. I choć rzecznik zaznaczał, że „sprzedaż działek nie odbywa się w Zarządzie Dróg”, to sam przyznał, że w tej jednostce powstają „pewne kluczowe opinie”.
No właśnie. Kluczowe.
Kto patrzył na ręce urzędnikom?
Najostrzejsze pytanie padło wprost: co z nadzorem? Miasto mówi dziś o kontroli po wydarzeniach. Ale gdzie był nadzór wcześniej, zanim w sprawę weszło CBA?
Rzecznik odpowiedział, że „wszystkie działania urzędników są na bieżąco przeglądane i nadzorowane przez ich kierowników”. Tyle że po chwili dodał, iż odpowiedź na pytanie, jak wyglądało to w tej konkretnej sprawie, poznamy dopiero po kontroli biura audytu.
Czyli z jednej strony nadzór miał działać. Z drugiej – miasto dopiero sprawdzi, jak działał.
I tutaj zaczyna się polityczny problem Piotra Borawskiego. Bo jeśli wiceprezydent odpowiada za obszar, w którym pracownik z ponad 20-letnim stażem zostaje zatrzymany w sprawie korupcyjnej, to nie wystarczy schować się za procedurami. Zwłaszcza gdy śledczy mówią o co najmniej 25 tys. zł, a sąd wysyła urzędnika do aresztu na 3 miesiące.

Rzecznik za wiceprezydenta
Dziennikarz portalu zapytał, dlaczego na briefingu nie pojawił się Piotr Borawski. Odpowiedź rzecznika była żartobliwa:
Proszę mnie nie pozbawiać pracy, ja też czasami powinienem popracować z dziennikarzami.
Tylko że to nie była zwykła konferencja o remoncie chodnika. Chodzi o Gdański Zarząd Dróg, miejskie nieruchomości, zarzuty korupcyjne i pytania o nadzór. W takiej sytuacji obecność odpowiedzialnego wiceprezydenta nie byłaby łaską wobec mediów, tylko elementarną odpowiedzialnością polityczną.
Miasto może oczywiście przekonywać, że to sprawa jednego urzędnika. Rzecznik mówił, że miejska „korporacja” liczy kilkanaście tysięcy osób, a tutaj mowa o pracowniku Zarządu Dróg. Dodał też mocne zdanie: „nie ma miejsca dla tego typu załatwiaczy”.
Brzmi dobrze. Ale mieszkańcy mają prawo zapytać, jak taki „załatwiacz” miał funkcjonować w systemie, skoro – jak słyszymy – wszystko było na bieżąco nadzorowane.
Maserati i starszy inspektor
Na briefingu wrócił też wątek samochodu Maserati, który według prokuratury miał zostać zabezpieczony. Jego wartość oszacowano na około 250 tys. zł. Radny Andrzej Skiba podczas spotkania zapytał z przekąsem, ilu starszych inspektorów jeździ takimi autami.
Rzecznik odpowiedział, że sposób użytkowania samochodu wyjaśniają śledczy. Formalnie ma rację. Ale politycznie to pytanie zostaje na stole.
Zatrzymany urzędnik miał pracować w strukturach związanych z drogami ponad 20 lat. Rzecznik mówił, że był starszym inspektorem, czyli nie człowiekiem z samego szczytu miejskiej hierarchii. I może właśnie dlatego sprawa jest tak niewygodna. Bo pokazuje, że realny wpływ na procedury nie zawsze musi mieć ktoś z gabinetu na najwyższym piętrze.
Czasem wystarczy opinia. Jeden dokument. Jedna urzędnicza furtka.
Audyt nie zamyka sprawy
Miasto zapowiada, że do GZD wejdzie biuro audytu i kontroli. Ma sprawdzić procedury dotyczące opiniowania sprzedaży działek. Rzecznik mówił, że urzędnicy chcą wiedzieć, „jakiego typu zmiany” należy ewentualnie wprowadzić.
To potrzebne, ale spóźnione. Bo audyt po zatrzymaniu przez CBA nie jest dowodem sprawnego nadzoru. Jest raczej dowodem, że system trzeba teraz ratować.
Nie ma dziś 100 proc. odpowiedzi na pytanie, czy ta sprawa była jednorazowym przypadkiem, czy elementem szerszego mechanizmu. Prokuratura sama sygnalizuje, że śledztwo może być rozwojowe. W skali całego miasta, jak mówił rzecznik, bezprzetargowo zbywanych jest średnio kilkanaście działek rocznie. Teraz każda podobna opinia może budzić pytania.
I właśnie dlatego Piotr Borawski powinien wyjść do mieszkańców i odpowiedzieć jasno: kto nadzorował Gdański Zarząd Dróg, jakie kontrole prowadzono wcześniej i dlaczego dopiero po akcji służb miasto zapowiada głębsze sprawdzanie procedur.
Bo w tej sprawie nie chodzi już tylko o jednego urzędnika. Chodzi o to, czy władze Gdańska kontrolują własne instytucje, czy dopiero dowiadują się o problemach, gdy robi się z nich sprawa dla prokuratury.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.

