Po sprawie tablic kaszubskich na rogatkach miasta, Gdynia znów zaprasza mieszkańców do rozmowy. Urzędnicy w Gdyni tym razem chcą mówić o hałasie ulicznym. Problem oczywiście istnieje, bo trudno udawać, że nocne wycie silników albo codzienny szum głównych arterii nie przeszkadza ludziom w normalnym życiu. Ale sposób, w jaki miasto przedstawia sprawę, budzi coraz bardziej znajome podejrzenie: urzędnicy produkują kolejną konsultacyjną opowieść, zamiast pokazać plan, liczby i decyzje. Brzmi ładnie. Tylko że mieszkańcy nie potrzebują ładnych komunikatów. Potrzebują konkretów.
Konsultacje zamiast odpowiedzialności
Miasto ogłosiło drugi etap konsultacji społecznych dotyczących hałasu ulicznego. Zaznaczmy to już drugi etap! Mieszkańcy mają czas do 31 lipca, by wypełnić ankietę, opisać swoje doświadczenia i wskazać miejsca, gdzie hałas jest szczególnie uciążliwy. Formalnie wszystko się zgadza. Jest proces. Jest ankieta. Będzie raport. Będą opinie.
Tyle że w tym urzędowym porządku ginie najważniejsze pytanie: co miasto właściwie zamierza zrobić?
Z komunikatu wynika, że powołany przez prezydent Gdyni Zespół Roboczy analizował sytuację w różnych częściach miasta. Wymieniono Śródmieście, Kamienną Górę, Wzgórze św. Maksymiliana i okolice głównych arterii. Padła też informacja o „katalogu działań”, które mogą zostać wdrożone.
No właśnie. Mogą. Jakie działania? Kiedy? Za ile? Na których ulicach? Z jakim skutkiem dla mieszkańców, kierowców i przedsiębiorców?
Tego już nie podano.
I to jest sedno problemu. Urząd chce, by mieszkańcy oceniali rozwiązania, ale nie pokazuje im jasno, jakie rozwiązania leżą na stole. To nie jest poważna rozmowa. To raczej zbieranie opinii pod z góry przygotowany komunikat, że „głos mieszkańców został wysłuchany”.
Urzędowy język przykrywa brak konkretów
W materiale miasta nie brakuje pięknych sformułowań. Jest „komfort akustyczny”, „dialog z mieszkańcami”, „różne perspektywy” i „akceptowalne społecznie rozwiązania”. Brzmi miękko, bezpiecznie, wręcz wzorcowo. Typowy język urzędniczy: dużo słów, mało ryzyka. Nawet sama prezydent Aleksandra Kosiorek puszcza oko do mieszkańców.
Zależy nam na tym, żeby Gdynia była miejscem, w którym po prostu dobrze i zdrowo się mieszka, także pod względem komfortu akustycznego, niezależnie od dzielnicy zamieszkania i codziennych przyzwyczajeń. Dlatego szukamy rozwiązań, które będą nie tylko skuteczne, ale też wypracowane w dialogu z mieszkańcami i uwzględniające różne perspektywy – mówi Aleksandra Kosiorek, prezydent Gdyni.
A przecież sprawa jest prosta.
Ludzie chcą wiedzieć, czy będą mogli spać przy otwartym oknie. Zamiast tego mieszkańcy dostają ankietę z kilkunastoma pytaniami i obietnicę raportu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że urzędnicy znów mylą aktywność z działaniem. Bo samo konsultowanie jeszcze niczego nie rozwiązuje.
Gdzie są dane?
Najbardziej uderza brak twardych danych. Skoro miasto mówi o problemie hałasu, powinno pokazać mieszkańcom liczby. Ile było skarg? Gdzie wykonano pomiary? Jakie wartości zanotowano? Czy są przekroczenia norm? W jakich godzinach problem jest największy? Które ulice wypadają najgorzej?
Nie ma tego.
Są za to ogólne stwierdzenia, że analizowano sytuację i wskazano obszary najbardziej narażone na uciążliwości. Czyli znów mamy wierzyć urzędnikom na słowo. Mieszkańcy mają się wypowiedzieć, ale bez pełnego obrazu sytuacji.
To wygodne. Bo bez danych trudno rozliczać władzę. Gdy nie ma liczb, nie ma punktu odniesienia. Można później powiedzieć, że „temat jest złożony”, „wymaga dalszych analiz” albo „potrzebne jest wyważenie różnych interesów”. Znamy to.
Prezydent zdecyduje, mieszkańcy wypełnią ankietę
Komunikat jasno wskazuje, że zebrane sugestie trafią do podsumowania, a ostateczną decyzję o konkretnych rozwiązaniach podejmie prezydent Gdyni. Formalnie – nic nadzwyczajnego. Politycznie – bardzo wygodne.
Mieszkańcy wykonają swoją część pracy. Poświęcą czas, opiszą problemy, wskażą ulice, napiszą uwagi. Urzędnicy zbiorą materiał, przygotują raport, a potem decyzja i tak zapadnie na górze.
Tylko gdzie jest gwarancja, że te opinie naprawdę coś zmienią? Co się stanie, jeśli mieszkańcy masowo wskażą jedną ulicę? Czy miasto ma obowiązek zareagować? Na pytania komunikat nie odpowiada. I trudno uznać to za przypadek.
Spotkanie dla mieszkańców? Kiedyś w czerwcu
Jeszcze jeden szczegół pokazuje, jak urzędnicy w Gdyni stawiają tę sprawę. Spotkanie dla przedstawicieli Rad Dzielnic ma konkretną datę: 19 maja, godz. 17:00-18:30, Pomorski Park Naukowo-Technologiczny. Wszystko podane elegancko.
A spotkanie otwarte dla wszystkich mieszkańców? W czerwcu. Szczegóły „zostaną podane wkrótce”.
Naprawdę?
Miasto zachęca gdynian do udziału, ale nie potrafi od razu podać terminu najważniejszego spotkania, czyli tego dla zwykłych mieszkańców. To może drobiazg, ale bardzo wymowny. Rady Dzielnic dostają konkrety. Mieszkańcy dostają zapowiedź zapowiedzi.
Tak właśnie wygląda wiele miejskich konsultacji: dużo ceremonii, mało realnego poczucia, że zwykły człowiek jest tu naprawdę najważniejszy.
Temat wygodny, bo nikt nie broni hałasu
Hałas uliczny to idealny temat dla urzędu, który chce pokazać troskę. Jest bezpieczny, nośny i trudny do zaatakowania. Bo kto powie publicznie, że lubi ryk silników pod blokiem? Kto stanie w obronie nocnych popisów na ulicach? Nikt rozsądny. Dlatego władza może mówić: dbamy o zdrowie, słuchamy mieszkańców, szukamy kompromisu. Piękna opowieść. Ale bez konkretów ta opowieść zaczyna wyglądać jak temat zastępczy.
Nie dlatego, że problem hałasu jest nieważny. Jest ważny. Tylko dlatego, że urząd nie pokazuje realnego planu. A gdy nie ma planu, zostaje PR.
Mieszkańcy Gdyni mają prawo pytać, czy władze miasta zajmują się tym, co naprawdę wymaga pilnych decyzji, czy raczej wybierają sprawy, które dobrze wyglądają w komunikatach. Konsultacje o hałasie mogą być potrzebne, ale nie mogą zastępować rządzenia.
Ludzie nie żyją raportami – Urzędnicy w Gdyni konsultacjami
Dla urzędnika raport to efekt pracy. Dla mieszkańca – często tylko kolejny dokument, po którym nic się nie zmienia. Człowiek mieszkający przy ruchliwej ulicy nie potrzebuje fraz o „komforcie akustycznym”. On chce wieczorem usiąść w mieszkaniu bez słuchania silników. Rodzic małego dziecka chce, żeby hałas nie budził go w nocy. Starsza osoba chce otworzyć okno, a nie wybierać między zaduchą a hukiem z ulicy.
To są realne konsekwencje. I właśnie dlatego komunikat miasta wypada tak słabo. Bo opisuje proces, ale nie pokazuje realnej drogi do rozwiązania problemu.
Do 31 lipca mieszkańcy mogą zgłaszać swoje uwagi. Potem miasto je zbierze, opisze i przeanalizuje. A decyzję podejmie prezydent. Czyli dokładnie tak, jak lubią urzędnicy: długo, miękko, bez zobowiązań na starcie.
Gdynia potrzebuje decyzji, nie kolejnej procedury. Hałas przeszkadza
Najostrzej mówiąc: ten komunikat wygląda jak próba opakowania bezczynności w język dialogu. Urzędnicy pokazują aktywność, ale nie pokazują odpowiedzialności. Informują o konsultacjach, ale nie dają mieszkańcom twardej wiedzy. Mówią o wypracowanych rozwiązaniach, ale ich nie przedstawiają. Zapowiadają raport, ale nie podają terminu decyzji.
To za mało.
Jeśli urzędnicy w Gdyni naprawdę chcą ograniczyć hałas, powinny wyłożyć karty na stół: lista działań, dane z pomiarów, miejsca priorytetowe, koszty, harmonogram i termin pierwszych decyzji. Bez tego całe przedsięwzięcie będzie wyglądało jak kolejny miejski spektakl konsultacyjny.
A mieszkańcy coraz lepiej rozpoznają takie spektakle. Najpierw ładne hasła. Potem ankieta. Później raport. Na końcu cisza.
I tylko hałas zostaje ten sam.
Maciej Naskręt
Obserwuj @MaciejNaskret na X . Twórca portalu WbijamSzpile.pl, doświadczony dziennikarz i komentator życia publicznego, specjalizujący się w analizie miejskich zjawisk i politycznych mechanizmów. Pracował w mediach lokalnych i ogólnopolskich, zarówno publicznych, jak i niezależnych, dzięki czemu doskonale zna kulisy funkcjonowania świata mediów. Łączy rzetelność dziennikarską z wyrazistym, często ironicznym stylem. Nie unika trudnych tematów – przeciwnie, zadaje pytania, których inni wolą nie stawiać.





