To miała być historia o pomocy, rowerze i ogromnej mobilizacji zwykłych ludzi. Łatwogang przejechał z Zakopanego do Gdańska ponad 660 kilometrów, a zbiórka na rzecz trzech chorych chłopców przyniosła aż 20 mln zł. Finał w Gdańsku przyciągnął tłumy. I wtedy, jak to często bywa, przy sukcesie społecznym bardzo szybko pojawili się politycy.
Ratusz poczuł okazję
Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz napisała, że miasto „otworzyło serce” dla Łatwoganga. Wpis był pełen ciepłych słów o empatii, dobru i wspólnym pomaganiu. Były też podziękowania dla policji oraz służb za zabezpieczenie finału przejazdu.
Brzmi ładnie. Nawet bardzo. Tyle że trudno nie zauważyć, że cała akcja urosła bez udziału miejskiej propagandy. To nie ratusz przejechał 662 km. To nie urzędnicy rozkręcili zbiórkę do 20 mln zł. To nie lokalni politycy sprawili, że ludzie wyszli na trasę i przyszli powitać Łatwoganga na finiszu.
A jednak przekaz z magistratu szybko zaczął brzmieć tak, jakby miasto było jednym z głównych bohaterów tej opowieści. No cóż, przy takim sukcesie wpis się sam prosi.
Borawski dopisał polityczny cień
Głos zabrał także Piotr Borawski, wiceprezydent Gdańska związany z Koalicją Obywatelską. Poinformował, że blisko 1000 osób witało Łatwoganga w mieście, a zbiórka zakończyła się „fenomenalnym sukcesem”. Według podanych przez niego danych zebrano 20 mln zł na pomoc trzem chorym chłopcom.
I właśnie tu zaczyna się problem. Nie w tym, że władze miasta podziękowały służbom. To normalne. Problem w tym, że politycy lubią pojawiać się przy takich inicjatywach dokładnie wtedy, kiedy są już bezpieczne, popularne i nośne. Gdy można powiedzieć: zobaczcie, jesteśmy po stronie dobra.
Tyle że zwykły człowiek widzi różnicę między pomocą a lansowaniem się przy pomocy. Szczególnie dziś, gdy wielu Polaków ma dość politycznego zawłaszczania wszystkiego – od szkół, przez kulturę, po akcje charytatywne.
Ludzie przyszli dla Łatwoganga
Najważniejsze trzeba powiedzieć jasno: ludzie nie przyszli witać władz Gdańska. Przyszli dla Łatwoganga i dla sprawy, którą nagłośnił. Przyszli, bo ktoś wsiadł na rower i przejechał trasę z Zakopanego do Gdańska, żeby pomóc dzieciom. Proste. Bez partyjnej flagi.
Dla rodzin chorych chłopców te 20 mln zł to nie temat do wpisu w mediach społecznościowych. To szansa na leczenie, rehabilitację, oddech po miesiącach strachu. Każdy rodzic rozumie, że w takiej sytuacji nie ma miejsca na polityczne pozowanie. Jest tylko pytanie, czy uda się zebrać pieniądze na czas.
Dlatego komentarze internautów były do przewidzenia. Pod wpisami pojawiły się przytyki do Jerzego Owsiaka, kojarzonego przez wielu z polityczną bliskością wobec Koalicji Obywatelskiej. Dla części komentujących schemat jest aż nadto znany: wielka zbiórka, dobre emocje, tłumy ludzi, a potem politycy, którzy ustawiają się obok i próbują dopisać się do sukcesu.
Pomoc bez partyjnego stempla
Łatwogang zrobił coś, co obroni się samo. 662 km na rowerze, ogromne zainteresowanie i 20 mln zł dla trzech chorych chłopców. Tego nie trzeba oklejać miejskim przekazem o „otwieraniu serca”. To już było mocne.
Władze Gdańska oczywiście miały obowiązek zadbać o bezpieczeństwo przejazdu. Od tego są służby, organizacja ruchu i lokalny samorząd. Ale obowiązek administracyjny to nie to samo, co moralne współautorstwo sukcesu. Ratusz powinien znać tę różnicę.
Najbardziej drażni właśnie ta łatwość, z jaką politycy próbują wejść w emocje społeczne. Kiedy zwykli ludzie wpłacają po 20, 50 albo 100 zł, bo przejmują się losem dzieci, władza potrafi pojawić się na końcu i opowiedzieć historię tak, jakby od początku była jej częścią.
Gdańsk znowu w swoim stylu
Ta sytuacja dobrze pokazuje sposób działania obecnych władz Gdańska. Dużo słów o wspólnocie, empatii i otwartym sercu, a pod spodem bardzo czytelna potrzeba politycznego pokazania się przy wydarzeniu, które po prostu dobrze wygląda. Szczególnie w mediach społecznościowych.
Można było zrobić to skromniej. Można było napisać krótko: dziękujemy Łatwogangowi, dziękujemy mieszkańcom, służby zabezpieczyły przejazd, zbiórka trwa. Koniec. Bez budowania opowieści, w której ratusz nagle staje się gospodarzem wielkiego finału dobra.
Ale najwidoczniej nie dało się powstrzymać. Sukces był zbyt duży.
I dlatego warto przypominać: ta akcja należy do Łatwoganga, darczyńców i rodzin, którym pomagano. Nie do polityków. Nie do ratusza. Nie do żadnej partyjnej narracji.
mn





