Spór o ustawę o rynku kryptoaktywów nie cichnie. W tle jest firma Zondacrypto. Po kolejnych wypowiedziach ministra finansów pojawiają się nowe wątpliwości. Tym razem już nie tylko polityczne, ale czysto merytoryczne. I robi się nerwowo.
Minister mówi jedno, rynek drugie
Minister finansów Andrzej Domański przekonywał w poniedziałek, że ustawa dałaby Komisji Nadzoru Finansowego realne narzędzia do ochrony inwestorów. W jego ocenie – także poprzez możliwość eliminowania z rynku takich podmiotów jak Zondacrypto. Problem w tym, że część ekspertów i uczestników rynku mówi wprost: to uproszczenie. A może nawet błąd.
Pojawia się argument, który trudno zignorować – nadzór finansowy nie działa „z automatu”. Nie obejmuje wszystkich podmiotów tylko dlatego, że ktoś uchwali ustawę.
MiCA zmienia zasady gry
Kluczowy w tej sprawie jest unijny pakiet regulacyjny MiCA (The Markets in Crypto-Assets Regulation). To on wyznacza ramy funkcjonowania rynku krypto w całej Unii.
Zgodnie z tym podejściem, nadzór obejmuje konkretne podmioty – tzw. CASP, czyli dostawców usług kryptoaktywnych. Ale dopiero po uzyskaniu odpowiedniej licencji.
I tu pojawia się zasadniczy zgrzyt.
Zondacrypto – jak podnoszą krytycy – nie posiada jeszcze licencji MiCA. Co więcej, do 1 lipca 2025 r. nie miała obowiązku jej mieć. To oznacza, że mechanizmy nadzorcze, o których mówi minister, nie mogłyby zadziałać natychmiast.
Krótko mówiąc – ustawa nie byłaby magicznym przełącznikiem.
„To nie działa w ten sposób”
W przestrzeni publicznej pojawiły się ostre komentarze. Jeden z nich, szeroko cytowany w branży, uderza wprost w narrację rządu.
Czy ktoś może powiedzieć panu ministrowi, że ani polski ani estoński nadzór nie odpowiada za to, co robi VASP? Zonda do dziś nie ma licencji MiCA, bo nie musiała jej mieć do 1 lipca, więc twierdzenie, że nasza ustawa od razu daje możliwość działania jest błędne. Nadzór finansowy zajmuje się podmiotami CASP po uzyskaniu przez nie licencji MiCA. To tylko pokazuje, jak politycy nawet najwyższego szczebla, nawet z licencją CFA nie ogarniają tematu… i jest to przykre. Jeśli jest inaczej, to proszę o konkretne artykuły ustaw – napisał internauta Daniel Kostecki.
Autor zwraca uwagę, że ani polski, ani estoński nadzór nie odpowiada za działania VASP (czyli dostawców usług wirtualnych aktywów) w sposób, jaki sugerują politycy. Pada też mocne zdanie: nawet osoby na najwyższych stanowiskach, z prestiżowymi certyfikatami jak CFA, nie rozumieją w pełni mechanizmów rynku krypto.
To już nie jest zwykła krytyka. To sygnał, że komunikacja między rządem a branżą się rozjeżdża.
W całym sporze łatwo pogubić się w skrótach, a to one są tu kluczowe. VASP to starsze, międzynarodowe określenie firm działających na rynku krypto – używane m.in. przez FATF i obejmujące szeroką grupę podmiotów. Z kolei CASP to już pojęcie z unijnego rozporządzenia MiCA i ma bardzo konkretne znaczenie prawne. I co najważniejsze – to właśnie CASP, po uzyskaniu licencji MiCA, podlegają formalnemu nadzorowi. W praktyce oznacza to, że nie każdy VASP automatycznie trafia pod kontrolę nadzoru „z dnia na dzień”. Najpierw musi wejść w reżim MiCA. I tu pojawia się cała oś sporu, bo te dwa pojęcia bywają wrzucane do jednego worka, choć w przepisach znaczą coś innego.
Firma Zondacrypto w centrum burzy
Cała dyskusja nie toczy się w próżni. W tle jest sprawa Zondacrypto – i to ona podgrzewa atmosferę.
Według ustaleń mediów, rezerwy bitcoinów tej platformy miały spaść o 99 proc. Pojawiły się też sygnały o problemach z wypłatami. Prokuratura mówi o możliwych stratach na poziomie co najmniej 350 mln zł.
Z kolei prezes Przemysław Kral odpiera zarzuty i zapewnia o stabilności firmy. Do tego dochodzi jeszcze jeden wątek – 4,5 tys. bitcoinów, wartych ponad 300 mln dol., do których dostęp ma zaginiony Sylwester Suszek.
To już nie tylko regulacje. To realny problem ludzi, którzy nie wiedzą, czy odzyskają swoje pieniądze.
Polityczne przepychanki nie pomagają
W sprawę zaangażował się także premier Donald Tusk, który powoływał się na informacje ABW i apelował o szybkie odrzucenie weta prezydenta. Bez skutku.
Sejm dwukrotnie nie zdołał odrzucić decyzji Karol Nawrocki. Ustawa utknęła, a rząd zapowiada nowe podejście. Tyle że czasu ubywa, a rynek działa dalej – praktycznie bez pełnego nadzoru.
Niektórzy już mówią, że to nowa afera z serii głośnej pn. Amber Gold.
Kto ma rację?
Tu sprawa robi się mniej oczywista, niż mogłoby się wydawać po politycznych wystąpieniach.
Z jednej strony – potrzeba regulacji jest realna. Wystarczy spojrzeć na skalę potencjalnych strat: 350 mln zł to nie jest abstrakcja. Z drugiej – sposób, w jaki te regulacje są komunikowane, budzi wątpliwości. Jeśli rzeczywiście nadzór działa dopiero po uzyskaniu licencji MiCA, to obietnice „natychmiastowej kontroli” mogą być po prostu na wyrost.
I to jest moment, w którym zwykły inwestor zostaje sam z pytaniem: komu wierzyć? Bo na końcu nie chodzi o przepisy. Chodzi o pieniądze.
mn

