Awantura wokół rejsów na foki w Świbnie ma ciąg dalszy. Tym razem do naszej redakcji zgłosili się mieszkańcy, którym nie podoba się to, co zaczęło pojawiać się w przestrzeni publicznej. Chodzi o reklamy jednej z firm wożących turystów w stronę Mewiej Łachy. Są na przystankach, znakach i ławkach. A więc tam, gdzie być ich po prostu nie powinno.
Mieszkańcy mówią: mamy dość
Spór o turystów płynących oglądać foki już wcześniej rozgrzał emocje w Świbnie. Były oskarżenia o agresywne naganianie klientów, rywalizacja między przewoźnikami i policja w tle. Teraz doszedł kolejny element – zaśmiecanie przestrzeni wspólnej.
Stąd firmy wypływają na rejsy na foki
Mieszkańcy wskazują, że reklamy konkretnej firmy pojawiają się w miejscach publicznych. Nie na legalnie opłaconych tablicach reklamowych, nie w punktach do tego przeznaczonych, ale na elementach miejskiej infrastruktury.
Przystanek, znak, ławka. Trzy zwykłe miejsca, z których korzystają wszyscy.
To szpeci okolicę i wygląda fatalnie. Nikt nie pyta mieszkańców, czy chcą mieć takie reklamy pod nosem – słyszymy od osób, które zgłosiły sprawę naszej redakcji.
Ich zdaniem problem nie dotyczy już tylko walki o klienta. Chodzi o coś bardziej podstawowego: o szacunek do wspólnej przestrzeni. Bo czym innym jest rozdanie ulotki turyście, a czym innym obklejanie miejsc, które nie należą do przedsiębiorcy.
Właściciel Rafał odpowiada: nie będę sprzątał
Skontaktowaliśmy się telefonicznie z panem Rafałem, który prowadzi firmę przewożącą turystów na rejsy w kierunku fok. O numer, fakt, nie trudno – ulotki wiszą na wielu słupach. Zapytaliśmy go wprost, czy zamierza usunąć reklamy z miejsc publicznych.
Odpowiedź była jednoznaczna.
Nie będę tego sprzątał, bo ja tego nie naklejałem – powiedział nam pan Rafał.
W rozmowie przekonywał, że jego firma rozdaje ulotki, ale nie ma wpływu na to, co później robią z nimi inni ludzie. Jak twierdzi, jeżeli ktoś gdzieś taką ulotkę przykleił, to nie jest to jego odpowiedzialność.
Ja rozdaję ulotki. To, że ktoś je gdzieś przykleja, nie oznacza, że ja mam to usuwać – tłumaczył.
Pan Rafał podkreślał też, że prowadzi legalną działalność i chce po prostu wozić ludzi na foki. W jego ocenie cała sprawa jest kolejną odsłoną konfliktu z konkurencją. Przedsiębiorca odbiera zarzuty jako atak na swoją wolność gospodarczą.

Niższe ceny i większe nerwy
Według pana Rafała problem zaczął się dlatego, że zaproponował turystom niższe ceny. To miało nie spodobać się innym przewoźnikom działającym w Świbnie.
To jest kolejny atak na moją działalność. Ja dałem ludziom niższe ceny i teraz innym to przeszkadza – mówił w rozmowie z naszą redakcją.
Przedsiębiorca zaznacza, że za reklamę płaci w pobliskiej tawernie, a ulotki przekazuje także do apartamentów. W jego ocenie to są normalne działania marketingowe. Twierdzi, że nie ma nic wspólnego z naklejaniem materiałów na ławkach, znakach czy przystankach.
Tyle że mieszkańców taka odpowiedź nie uspokaja.
Bo z ich perspektywy efekt jest prosty: przestrzeń publiczna jest obklejona reklamami jednej firmy. Kto dokładnie je przykleił – to już dla zwykłego mieszkańca sprawa drugorzędna. On widzi znak, ławkę albo przystanek i reklamę, która tam wisi. I tyle.
Wolność gospodarcza czy bałagan?
W całej sprawie zderzają się dwie opowieści.
Z jednej strony jest przedsiębiorca, który mówi: chcę pracować, reklamuję się, mam tańszą ofertę, a konkurencja próbuje mnie zablokować. Z drugiej strony są mieszkańcy, którzy patrzą na swoje otoczenie i pytają, dlaczego publiczne miejsca mają być nośnikiem prywatnej reklamy.
Wolność gospodarcza nie oznacza przecież wolności od porządku. Można walczyć o klienta, można drukować ulotki, można płacić za reklamę w lokalu czy rozdawać materiały turystom. Ale gdy reklamy zaczynają lądować na przystankach i znakach, robi się problem.
I to problem bardzo przyziemny. Ktoś później musi to odkleić. Ktoś musi wyczyścić ślady kleju. Ktoś musi doprowadzić przestrzeń do porządku. Najczęściej nie jest to ten, kto na reklamie zarabia.
Mieszkańcy mówią wprost: nie chcą, żeby Świbno zamieniło się w tablicę ogłoszeń dla jednej firmy.

Czytaj też: Przymiarki do budowy kompleksu hotelowego w Świbnie
Foki spokojne, ludzie w sporze
Cała historia robi się coraz bardziej charakterystyczna dla miejsc, gdzie turystyka zaczyna przynosić pieniądze. Najpierw jest atrakcja. Potem pojawia się kilku przewoźników. Później wchodzi agresywniejszy marketing. Na końcu zaczyna się spór o granice.
A te granice w Świbnie są dziś testowane bardzo mocno.
Rejsy na foki mogą być świetną wizytówką Wyspy Sobieszewskiej. Mogą dawać pracę ludziom, którzy od lat żyją blisko wody. Mogą też przyciągać turystów, którzy chcą zobaczyć coś więcej niż deptak, gofry i parawan.
Ale jeżeli do tego dochodzą reklamy na ławkach, znakach i przystankach, to cała ta atrakcja zaczyna tracić urok. Bo trudno mówić o szacunku do przyrody, gdy jednocześnie brakuje szacunku do wspólnej przestrzeni.
Pan Rafał w 100 proc. odcina się od naklejania reklam w miejscach publicznych. Mieszkańcy jednak oczekują, że problem zniknie, niezależnie od tego, kto dokładnie przykleił ulotki. Bo Świbno nie potrzebuje kolejnej awantury. Potrzebuje porządku.
mn
Nie kończ na jednym tekście
Lokalne newsy, szpile, kulisy i tematy, które często zaczynają się tam, gdzie inni kończą komunikatem prasowym.





