Mija 400 lat od chwili, gdy Szwedzi uderzyli w jedno z najczulszych miejsc Rzeczypospolitej. Nie był to najazd przypadkowy ani romantyczna wojna o honor królów. Gustaw II Adolf dobrze wiedział, gdzie bije gospodarcze serce państwa polsko-litewskiego. Nad Wisłą i przy drodze do Gdańska leżały pieniądze. Bardzo duże pieniądze.
Gdy spojrzeć na wydarzenia z 1626 roku, widać to aż nazbyt wyraźnie. Szwedzi nie rzucili wszystkich sił na wielką wyprawę w głąb kraju. Uderzyli tam, gdzie można było szybko przejąć porty, twierdze, przeprawy i szlaki handlowe. To była wojna o Bałtyk, ale też o zboże, drewno, len, smołę i cła. Mniej podniosłe niż korona, za to bardziej opłacalne.
Atak w punkt. Atak na ujście Wisły i Gdańsk
6 lipca 1626 roku Gustaw II Adolf pojawił się w Piławie z flotą liczącą 125 jednostek i około 14 tys. żołnierzy. Sam wybór miejsca mówił sporo. Piława kontrolowała dostęp do Królewca, a więc dawała Szwedom wygodne wejście do regionu, który miał ogromne znaczenie dla handlu bałtyckiego.
Tempo było zabójcze. W krótkim czasie pod szwedzką kontrolą znalazły się m.in. Braniewo, Frombork, Elbląg, Orneta i Malbork. W wielu miejscach nie było wielkiej obrony. Potem Szwedzi przeszli przez Wisłę i zajęli kolejne punkty: Tczew, Gniew, Starogard. Desant morski opanował Oliwę i Puck.
Na papierze wygląda to jak lista miast. W praktyce była to mapa nacisku na Rzeczpospolitą. Kto trzymał te miejsca, mógł kontrolować ruch statków, odcinać drogi, pobierać opłaty i podgryzać Gdańsk bez konieczności szturmowania jego murów. Sprytne. I bardzo niebezpieczne.
Zobacz też: Senior dostał telefon ws. świadczenia wspierającego. Policja ostrzega
Gdańsk jako największa nagroda
Najważniejszym celem pozostał Gdańsk. Nie dlatego, że był ładnym miastem nad morzem. Był największym portem Rzeczypospolitej i jednym z kluczowych ośrodków handlu w tej części Europy. Przez Gdańsk przechodziły towary z głębi kraju. Dla szlachcica sprzedającego zboże, dla kupca, dla flisaka, dla rzemieślnika – sprawa nie była abstrakcją. Gdy port stawał, portfele chudły.
Szwedzi rozumieli to doskonale. Opanowanie Gdańska dawałoby im dochody z ceł i możliwość duszenia polskiego eksportu. Nie chodziło więc o kilka proc. więcej czy mniej w rachunkach. Chodziło o kurek, przez który płynęły pieniądze z Wisły do Bałtyku.
Tyle że Gdańsk nie był Braniewem ani Ornetą. Miasto miało fortyfikacje, zasoby, doświadczenie i własny interes, którego zamierzało bronić twardo. Utrata swobody handlowej oznaczałaby katastrofę. Do tego okolica nie ułatwiała Szwedom zadania. Żuławy, kanały, podmokłe tereny – to wszystko przeszkadzało w klasycznym oblężeniu. Można było naciskać, blokować, podchodzić coraz bliżej. Ale wziąć z marszu? Nie tym razem.

Rzeczpospolita budzi się późno
Pierwsze tygodnie wojny o ujście Wisły i Gdańsk pokazały słabość reakcji Rzeczypospolitej. Szwedzi weszli szybko, a wojska koronne dopiero zbierały siły. Koncentracja następowała m.in. w rejonie Torunia. Potem coraz większą rolę zaczął odgrywać hetman Stanisław Koniecpolski.
Nie zawsze miał warunki, by rozstrzygnąć sprawę jedną wielką bitwą. Potrafił jednak robić coś, czego Szwedzi nie lubili: nękać ich, przecinać zaopatrzenie, ograniczać ruch i wyhamowywać ofensywę. Walki pod Gniewem w 1626 roku nie zakończyły wojny, ale pokazały, że szwedzki impet nie będzie trwał bez końca.
Z czasem Polakom udało się odzyskać część inicjatywy. Odbito m.in. Puck, Gniew i Ornetę. Szwedzi musieli też porzucić prosty plan zdobycia Gdańska. Miasto pozostało niezdobyte, choć żyło pod ogromną presją. A zwykli ludzie? Oni płacili za to najpierw drożyzną, niepewnością handlu i wojennym chaosem. Tak zawsze wygląda wielka polityka widziana z poziomu targu, spichlerza i portowej kei.
Czytaj też: Nowe muzeum na Westerplatte do 2030 roku. Są plany rewitalizacji
Oliwa dała oddech
Jednym z najbardziej symbolicznych momentów była bitwa pod Oliwą z 28 listopada 1627 roku. Polska flota wyszła z Wisłoujścia i zaatakowała szwedzką eskadrę blokującą Gdańsk. Cel był jasny: przerwać blokadę portu.
Udało się zdobyć szwedzki okręt “Tigern”, a “Solen” został wysadzony i zatonął. To zwycięstwo miało ogromne znaczenie prestiżowe. Nie rozstrzygnęło całej wojny, ale podniosło morale i pokazało, że Szwedów można trafić również na morzu. Dla państwa, które nie kojarzyło się z wielką flotą, był to moment ważny. Nawet jeśli nie wystarczył.
Rozejm, który bolał
W 1629 roku Koniecpolski, wsparty oddziałami cesarskimi, odniósł duży sukces pod Trzcianą. Było to jedno z najważniejszych polskich zwycięstw tej wojny. Szwedów jednak nie wyrzucono z Prus. Trzymali twierdze, porty i punkty handlowe. Rzeczpospolita była wyczerpana. Brakowało pieniędzy, żołd zalegał, a Prusy Królewskie odczuwały ciężar wojny bardzo konkretnie.
Finałem był rozejm w Altmarku, czyli w dzisiejszym Starym Targu. Podpisano go 26 września 1629 roku na sześć lat. Dla Rzeczypospolitej był to układ trudny do przełknięcia. Szwedzi utrzymali m.in. Elbląg, Braniewo, Piławę, Kłajpedę, a także Sztum, Malbork i Głowę Gdańską. Co szczególnie bolesne, uzyskali możliwość czerpania dochodów z ceł związanych z handlem przez Gdańsk i inne porty.
I tu widać cały paradoks tej wojny. Gustaw II Adolf nie zdobył Gdańska, ale dopiął się do gdańskiego handlu. Nie miał miasta w ręku, a jednak sięgnął po jego pieniądze. Politycznie i gospodarczo był to dla Rzeczypospolitej policzek.
Dopiero w 1635 roku, już za Władysława IV, sytuację częściowo odwrócił rozejm w Sztumskiej Wsi. Szwedzi oddali zdobycze w Prusach, a cła zostały zniesione. Inflanty w dużej mierze pozostały jednak przy Szwecji.
Po 400 latach morał jest dość prosty. Szwedzki atak z 1626 roku nie był tylko epizodem dawnej wojny o trony. To była brutalna lekcja, że kto kontroluje porty, rzeki i cła, ten może uderzyć w państwo mocniej niż niejedna armia maszerująca przez pola. Gdańsk się obronił. Ale Rzeczpospolita za tę obronę zapłaciła słono.
mn
Nie kończ na jednym tekście
Lokalne newsy, szpile, kulisy i tematy, które często zaczynają się tam, gdzie inni kończą komunikatem prasowym.

