Wypowiedź radnego Piotra Dzika podczas ostatniej sesji Rady Miasta Gdańska poruszyła część gdańskich restauratorów. Nie tylko przez słowa o „jątrzeniu”, ale też dlatego, że padły z ust człowieka od lat kojarzonego z gastronomią. Dzik był restauratorem, powołuje się na kontakty z restauratorami z Krakowa i do dziś wielu ludzi patrzy na niego jak na kogoś, kto rozumie tę branżę od środka. Tym bardziej publikujemy list jednego z restauratorów z centrum Gdańska. Bez politycznej kalkulacji. Bardziej z bezsilności.
List restauratora
Szanowna Redakcjo,
piszę jako restaurator z Gdańska. Nie jako polityk, nie jako działacz, tylko człowiek, który codziennie otwiera lokal, płaci rachunki i próbuje spiąć miesiąc.
Po wypowiedzi radnego Piotra Dzika zwyczajnie zrobiło mi się przykro. Pan radny mówi o dialogu, o słuchaniu mieszkańców, o tym, że miasto jest blisko ludzi. Tylko my, restauratorzy z centrum, jakoś tego nie czujemy. Czujemy za to koszty, kontrole, formalności i ciągłą niepewność. Prosimy o spotkanie gastronomów z prezydentem Gdańska. Wszyscy mają nas gdzieś – tylko płać.
Najbardziej boli, że mówi to człowiek, który był restauratorem. Do dziś jedzie na tej opinii. Wciąż jest odbierany jako ktoś „z branży”, ktoś, kto zna temat. No właśnie – skoro zna, to powinien wiedzieć, jak wygląda nasza codzienność. Dostawy, pensje, puste stoliki w słabszy dzień, faktury, awarie, sezonowość, nerwy. To nie jest życie z folderu promocyjnego Gdańska.
Ten rok jest dla gastronomii będzie bardzo słaby. Może najgorszy od dawna. Wszystko poszło w górę: prąd, gaz, produkty, usługi, wynagrodzenia, opłaty. Tu 10 proc., tam 15 proc., gdzie indziej kilka tysięcy złotych więcej na fakturze. Klient też liczy bardziej pieniądze, więc restaurator jest ściskany z każdej strony. A miasto często zachowuje się tak, jakby lokal w centrum był maszynką do zarabiania.
Nie jest.
Trzeba też powiedzieć uczciwie: pan radny robi szlachetne rzeczy. Wydarzenia i pomoc dla osób bezdomnych są ważne i potrzebne. Za to należy się szacunek. Ale może właśnie dlatego warto część tej energii przekierować na branżę, z której pan radny wyrósł. Na nas, kolegów po fachu. Nie po to, żeby komuś coś załatwiać po znajomości, tylko żeby wreszcie pomóc w normalnej rozmowie z miastem.
Bo my nie jątrzymy. My prosimy o normalność.
Chcemy jasnych zasad dla ogródków gastronomicznych. Jeśli ktoś inwestuje tysiące złotych w ogródek, to powinien mieć możliwość rejestracji na kilka lat, a nie co roku przechodzić ten sam stres. Chcemy, żeby miasto najpierw rozmawiało, a dopiero potem karało. Za oznaczenie, za kształt ogródka, za rzeczy, które często da się poprawić po zwykłym wezwaniu. Kilku za nas ostatnio oberwało 25 tys. zł kary z źle rozstawiony ogródek.
Czekamy też na park kulturowy. Mieszkańcy czekają, restauratorzy czekają, gastronomowie czekają. Taki dokument mógłby wreszcie uporządkować reklamy, ogródki, estetykę i zasady korzystania z przestrzeni. Dziś za dużo jest uznaniowości, nerwów i zgadywania.
Dlatego apeluję do pana radnego Dzika: mniej politycznych przepychanek, więcej pracy dla ludzi, których problemy pan powinien rozumieć najlepiej. Niech pan wykorzysta swoją pozycję i doświadczenie, żeby pomóc branży, a nie sprowadzać swój głos właśnie do „jątrzenia”.
Gdańsk bez gastronomii będzie może bardziej równy od linijki. Ale będzie też pustszy, smutniejszy i mniej żywy. A chyba nie o takie miasto nam chodzi.
Gastronom z centrum (imię i nazwisko z do wiadomości redakcji)





