Skarbówka sprawdzi zwroty butelek? Pytamy KAS w Gdańsku o system kaucyjny

System kaucyjny miał być prosty. Kupujesz napój, płacisz kaucję, oddajesz opakowanie i odbierasz pieniądze. Coraz częściej jednak pojawia się pytanie, czy masowe zwracanie puszek i butelek to jeszcze ekologiczny nawyk, czy już sposób na zarobek. A skoro zarobek, to fiskus prędzej czy później może zapukać do drzwi. Pytamy w tej sprawie KAS w Gdańsku.

Kaucja to nie prezent od sklepu

Na początek trzeba oddzielić dwie rzeczy, bo inaczej łatwo zrobić z tego podatkowy horror. Jeżeli ktoś kupił napój, zapłacił kaucję, a potem oddał butelkę albo puszkę, to nie zarobił ani grosza. Po prostu odzyskał swoje pieniądze.

W przypadku plastikowych butelek do 3 litrów i metalowych puszek do 1 litra mowa o 50 gr. Przy szklanych butelkach wielokrotnego użytku do 1,5 litra – o 1 zł. System działa od 1 października 2025 r., a od 2026 r. obejmuje także szkło wielorazowe.

Niby drobiazg. Ale drobiazg pomnożony przez tysiące sztuk zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.

Gdy ekologia zamienia się w zarobek

Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś nie oddaje własnych opakowań, tylko zbiera cudze. Z koszy, śmietników, parków, plaż, od znajomych, z osiedli. Potem idzie do butelkomatu i odbiera kaucję, której wcześniej sam nie zapłacił.

Tu pojawia się już realne przysporzenie. Mówiąc po ludzku: ktoś dostaje pieniądze, choć wcześniej ich nie wyłożył. Ekspert podatkowy Piotr Juszczyk z InFaktu wskazuje, że taki przychód co do zasady może podlegać opodatkowaniu. Sporadyczne zbieranie dałoby się potraktować jako przychód z innych źródeł i rozliczyć w rocznym PIT.

Jest też kwota wolna – 30 tys. zł rocznie. To ważne, bo wiele osób powie: „przecież ja nic nie zapłacę”. Być może faktycznie podatku nie będzie. Ale formalny obowiązek wykazania przychodu może już istnieć. I tu robi się mniej zabawnie.

Kilkaset złotych dziennie robi różnicę

W sieci pojawiają się relacje osób, które twierdzą, że na zwrocie opakowań potrafią odzyskać nawet kilkaset złotych dziennie. To już nie jest historia o dziecku, które wraca z puszką po coli do sklepu. To może być całkiem sprawnie działający mechanizm.

Głośno było choćby o nastolatku z Krakowa, który miał zgromadzić w garażu niemal 3,5 tys. puszek i butelek. Przed wakacjami chciał uzbierać aż 20 tys. opakowań. Padł też rekord w jednej z placówek Auchan, gdzie klient oddał prawie 5 tys. opakowań i odzyskał dokładnie 2431 zł 50 gr. W tym przypadku pieniądze trafiły na Fundację Pomocy Chorym Psychicznie im. Tomasza Deca w Krakowie.

Piękny gest. Ale podatkowo sam mechanizm nadal jest ciekawy.

Bo jeżeli ktoś codziennie rusza „w trasę”, zbiera opakowania w sposób systematyczny, ma swoje miejsca i wyciąga z tego regularne pieniądze, ekspert nie owija sprawy w bawełnę. To może zostać uznane za działalność gospodarczą. A wtedy wchodzą w grę nie tylko podatki, ale także rejestracja firmy i składki ZUS.

Zobacz też: Ludzie grzebią w śmietnikach. Smutne oblicze systemu kaucyjnego

Butelkomat pamięta więcej, niż się wydaje

Najbardziej drażliwy fragment tej historii dotyczy danych. Ekspert cytowany w materiałach zwraca uwagę, że każda taka transakcja zostawia ślad cyfrowy, a operatorzy systemu kaucyjnego prowadzą ewidencję.

Dla zwykłego człowieka to może brzmieć dość niewinnie. Wrzucił puszki, odebrał voucher, poszedł dalej. Ale jeżeli ktoś robi to często, w dużej skali i w tych samych punktach, powstaje pytanie, czy takie informacje mogą zainteresować fiskusa.

Dlatego kierujemy pytania do Krajowej Administracji Skarbowej w Gdańsku. Chcemy wiedzieć, czy skarbówka prowadzi lub prowadziła czynności dotyczące osób masowo oddających opakowania w butelkomatach. Pytamy też, czy urzędy pozyskują dane od operatorów systemu, sklepów albo automatów oraz czy istnieją progi kwotowe lub ilościowe, po których fiskus może uznać takie działanie za zarobkowe.

Zwykły człowiek może się pogubić

I tu jest sedno. System miał zachęcać do porządku, recyklingu i zwracania opakowań. Taki był sens. Dla wielu ludzi to po prostu sposób, żeby nie wyrzucać pieniędzy do kosza. Dosłownie.

Ale obok normalnych klientów pojawia się grupa osób, która widzi w tym dodatkowy zarobek. Dla jednych to kilka złotych na zakupy. Dla innych – kilkaset złotych dziennie. A fiskus, jak wiadomo, przy regularnych wpływach potrafi zadać pytania.

W praktyce może to uderzyć także w ludzi, którzy nie są żadnymi „przedsiębiorcami od puszek”, tylko próbują dorobić do domowego budżetu. Emeryt, student, ktoś bez stałej pracy. Zbierze opakowania po festynie, po weekendzie na plaży, po sąsiadach. Dostanie kilkadziesiąt złotych. I nagle słyszy, że może powinien coś wykazać w PIT. No właśnie. Granica nie jest dla wszystkich oczywista.

Dlatego potrzebne jest jasne stanowisko KAS. Bez straszenia ludzi, ale też bez udawania, że problem nie istnieje. Bo system kaucyjny miał być narzędziem porządkowym, a nie kolejnym polem minowym w podatkach.

mn



Dołącz do naszej społeczności!

Śledź nas na naszych mediach społecznościowych i bądź na bieżąco!

Dodaj komentarz

Instrukcja: Możesz dodać komentarz bez podawania adresu e-mail. Jeśli jednak wpiszesz e-mail, otrzymasz powiadomienie o odpowiedziach na Twój komentarz. Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi i przestrzeganie zasad netykiety.


Uwaga: Wydawca portalu wbijamszpile.pl nie ponosi odpowiedzialności za treści komentarzy publikowanych przez użytkowników. Komentarze odzwierciedlają jedynie opinie ich autorów. Zachęcamy do korzystania z kultury słowa i przestrzegania zasad netykiety.