Restauratorzy z centrum Gdańska coraz głośniej mówią o problemie, który ich zdaniem wymknął się spod kontroli. Chodzi o tak zwane „meneleksy”, czyli meleksy wożące imprezowe grupy po mieście. Po godzinie 22, gdy w części miasta obowiązuje nocna prohibicja, pasażerowie mają bez większego problemu dostawać piwo właśnie w tych pojazdach. Gastronomowie, którzy na tym traca najbardziej, pytają więc wprost: dlaczego jednych miasto pilnuje, a inni robią biznes na kółkach?
Sprawa nie dotyczy już tylko hałasu, pasażerów bez pasów i wieczornych objazdów po centrum. Teraz dochodzi do tego ekonomia. I to taka, która mocno uderza w lokale działające legalnie, pod adresem, z kasą fiskalną, kontrolami i wszystkimi kosztami na głowie.
Biznes jedzie na kołach
Według relacji restauratorów wystarczy po godzinie 22 wsiąść do takiego pojazdu, by mimo nocnych ograniczeń dostać piwo. Formalnie ma to wyglądać jak przejazd. W praktyce, jak twierdzą ludzie z branży gastronomicznej, klient kupuje karnet, a alkohol pojawia się jako „gratis” albo element całej atrakcji.
I tu zaczyna się zgrzyt.
Knajpiarze sie denerwują bo tylko oni mogą sprzedać piwa po określonej godzinie, bo obowiązują ją przepisy. Za to jednak musi pilnować koncesji, paragonów, obsługi, podatków i wieku klientów. Tymczasem po ulicach mają jeździć pojazdy, w których impreza trwa dalej. Tylko już bez tych samych zasad. No wygodne.
Dla restauratora to nie jest drobna niedogodność. To realne podbieranie klientów. Grupa, która normalnie zostałaby w lokalu, zamówiła napoje, jedzenie albo po prostu zapłaciła za usługę gastronomiczną, wsiada do meneleksu i jedzie dalej. Z piwem w ręku i to w cenie biletu.
Czytaj też: Gdańsk: Mandaty i kontrole meleksów na ulicach
Gastronomia płaci, inni kombinują
Największe emocje budzi kwestia jak zawsze rozliczeń. Restauratorzy wskazują, że lokale gastronomiczne muszą płacić 23 proc. VAT. Tymczasem przejazd meneleksem może być rozliczany jako usługa transportowa albo turystyczna, z 8 proc. VAT. Różnica jest ogromna.
Jeżeli do takiego karnetu dochodzi jeszcze alkohol, który pasażer dostaje „za darmo”, gastronomowie mają prawo czuć się robieni w konia. Bo z ich perspektywy wygląda to tak: jeden przedsiębiorca działa pod pełnym ciężarem przepisów, drugi sprzedaje przejazd, dorzuca piwo i płaci niższy podatek.
Na papierze może wszystko się zgadza. W życiu już mniej.
Naliczyliśmy ile jednego dnia skorzystało z tych „meneleksów”. Wyszło nam 200 osób. To 200 osób mniej w naszych restauracjach. To jest około 5000 zł mniej do naszej knajpy dziennie, który prowadzi pub na Długim Targu.
Restauratorzy mówią wprost, że taka praktyka rozkręca szarą strefę w samym sercu miasta. Nie chodzi o jedną butelkę piwa. Chodzi o model działania, w którym alkohol staje się wabikiem na klientów, a uczciwie działające lokale zostają z kosztami, ograniczeniami i pustszymi stolikami.
Doceniasz naszą robotę? Postaw nam kawę
Dzięki Twojemu wsparciu możemy publikować bez nacisków.
Nieletni wsiadają razem z dorosłym
Jest jeszcze jeden problem, chyba najpoważniejszy. Według przekazywanych sygnałów karnet na przejazd kupuje jedna osoba pełnoletnia, a potem dosiadają się do niej młodsze osoby. W tym niepełnoletnie. I one również mają dostawać alkohol.
Jeśli te relacje się potwierdzą, to sprawa przestaje być tylko konfliktem między gastronomią a właścicielami pojazdów. To zaczyna być pytanie o bezpieczeństwo młodych ludzi i o to, kto właściwie sprawdza, co dzieje się w tych kursach po zmroku.
W normalnym lokalu kelner może poprosić o dokument. W sklepie sprzedawca też ma taki obowiązek. A w pojeździe? Kto to kontroluje? Kierowca? Organizator przejazdu? Osoba, która kupiła karnet? Brzmi jak przepis na problem. I to nie mały.
Brak reakcji służb
Restauratorzy skarżą się również na brak wyraźnej reakcji ze strony służb. W ich ocenie nie widać skutecznych działań policji, straży miejskiej ani instytucji skarbowych. A przecież temat dotyczy nie tylko porządku publicznego, ale też podatków, sprzedaży alkoholu i równego traktowania przedsiębiorców.
Krajowa Administracja Skarbowa miałaby tu co sprawdzać. Tak samo służby odpowiedzialne za porządek w mieście. Bo jeśli przejazd jest sprzedawany z 8 proc. VAT, a w pakiecie pojawia się alkohol, to pytanie o faktyczny charakter usługi samo ciśnie się na usta.
Na razie jednak, jak mówią gastronomowie, biznes kwitnie. Dosłownie na kółkach.
Dziki zachód w centrum
Centrum Gdańska nie może działać na zasadzie: kto sprytniejszy, ten lepszy. Restauratorzy mają koncesje, kontrole, limity, czynsze i podatki. Muszą zatrudniać ludzi, utrzymywać lokale, pilnować porządku. A obok ma jeździć imprezowy pojazd, który przejmuje klientów i omija najtrudniejsze zasady? Trudno się dziwić, że branża zaczyna się gotować.
Nie chodzi o walkę z turystyką. Nikt rozsądny nie chce wycinać atrakcji z miasta. Ale atrakcja nie może zamieniać się w objazdowy bar, który działa wtedy, gdy normalne lokale mają związane ręce. To nie jest zdrowa konkurencja. To jest dziki zachód w wersji miejskiej.
Miasto powinno jasno odpowiedzieć na kilka pytań. Kto kontroluje meneleksy po godzinie 22? Czy alkohol rzeczywiście trafia do pasażerów? Czy wśród nich są osoby niepełnoletnie? Jak rozliczane są karnety? I dlaczego restauratorzy, którzy płacą 23 proc. VAT, mają konkurować z usługą rozliczaną na 8 proc., jeśli w praktyce chodzi o imprezę z alkoholem?
Bo dziś wygląda to tak, że jedni dostają przepisy, a drudzy trasę przez centrum i pełny gaz. A mieszkańcy i lokalni przedsiębiorcy mają tylko patrzeć, jak ten interes się kręci.
Czytaj też: Meneleksy w Gdańsku irytują mieszkańców centrum. Kto to zatrzyma?
mn


Click bait albo po prostu bzdury wyssane z palca lub brak inteligencji autora,który w nocy tzn po 22 widzial cos na miescie .Sezon ogórkowy byc moze wiec opowiesci restauratorów